Znowu w życiu mi nie wyszło

chevrolet
Już sama nie wiem, czy tydzień miałam ciulowy, czy miesiąc. Zgubiłam się. PMS zamienił mnie w rozwytą histeryczkę, w związku z czym wszystko wydawało mi się katastrofą, teksty były do dupy i przestał mi się podobać mój blog. Po PMS-ie zwykle przychodzi okres, ale nie tym razem. Aż poszłam test kupić, chociaż podobno od łykania się nie zachodzi. Łatwo domyślić się, że kupiłam negatywny, w przeciwnym razie czytalibyście właśnie pożegnalny list samobójcy. Albo pilnie potrzebowałabym kasy. Ale to oczywiście nie koniec dramatów. Odchudzanie mi stanęło, przez co nie mogę iść do fryzjera (don’t ask), więc wkurwia mnie grzywka. Jeszcze nieużyta niania zdążyła już wziąć urlop. Nowiutki dysk w niedawno przysposobionym uroczym laptopiku wziął i… zdechł. Postanowiłam pocieszyć się nowym wyglądem bloga. Jak go już rozbabrałam, każdy kolejny szablon okazywał się gorszy od poprzedniego. W końcu mój blog zaczął przypominać łajno pawiana. Nawet przejść obok nieprzyjemnie. Desperackim rzutem na taśmę ubrałam go w to, co widać. Wiem, że czcionki w nagłówkach jeszcze nie są dopasowane i zdjęcia się rozjeżdżają. Jak kogoś to denerwuje, mam na to sposób. Można zamknąć oczy i wtedy nie widać. Przeglądając te miliony szablonów dowiedziałam się jednego – świetnie wyglądają strony, na których są zdjęcia samochodów. No to sobie znalazłam Chevroleta. Ciul, że zardzewiały, grill ma zajebisty. Tak czy owak, zamiast pisać, bawiłam się w chirurga plastycznego. Jak już się trochę z tym moim blogiem ogarnęłam, poszłam na obchód. I co się okazało? Że Fashionelka 3 (słownie: trzy) dni temu wrzuciła coś, do czego od dwóch tygodni nie mogę cyknąć durnej fotki. Ale chrzanić to, napiszę to i tak, przecież nie czytacie Fash. Na koniec, co było gwoździem do trumny, okazało się, że weekend się skończył. Tak się załamałam, że postanowiłam napisać ten durny post. Co więcej, nie zrobiłam w nim ani jednego akapitu i na dodatek nie zamierzam go wyjutować. Niechaj będzie tak beznadziejny jak mój styczeń! Hasta la vista bejbis.




elzbieta-haque



Photo credit: Lawrence Whittemore / Foter.com / CC BY-NC-ND

Written by Elżbieta Haque

Elżbieta Haque

Elżbieta Haque – kobieta diabłem podszyta, sarkastyczna jędza o czarnym sercu. To wersja oficjalna. Nieoficjalnie ryczy na komediach romantycznych. W obydwu wersjach pasjonatka życiowych absurdów. Żyje, kocha, wychowuje, pisze, słucha, obserwuje. Ateistka i feministka. Buntowniczka, zwolenniczka krytycznego myślenia, pasjonatka dyskusji.