Widzę, że widzę

czern
     Okazało się niedawno, że przez lata nosiłam źle dobrane okulary. Sama zdawałam sobie sprawę, że mimo korekcyjnych szkieł nie widziałam wzorowo, ale sądziłam, że tak ma być. Zresztą człowiek się po prostu przyzwyczaja do pewnego stanu rzeczy. Kiedy już dostałam nowe szkła, zobaczyłam.

     Zobaczyłam więcej szczegółów, konturów, odcieni barw. Nie muszę mrużyć oczu, żeby coś przeczytać, żeby zobaczyć numer nadjeżdżającego autobusu. Jaram się tym, że lepiej widzę. Kto by pomyślał, że zrobi mi to taką różnicę.

     Tamtego dnia wyszłam z pracy i poddałam się bombardowaniu bodźców, od których jestem odcięta w mojej klatce ze szkła i betonu. Powietrze było zaróżowione od zachodzącego słońca, samochody zapieprzały jak szalone, świerszcze jak szalone napieprzały w krzakach. Laska szła przez przejście dla pieszych, ziewając tak obszernie, że zdesperowany ktoś mógłby jej wepchnąć coś, bez pardonu, tudzież bez pardą. W autobusie gapiłam się na ludzi, podziwiałam wyczesanego pana z czerwoną torbą, o którym pisałam na fejsie, pana z uśmiechem przyklejonym do twarzy, o którym jeszcze nie pisałam na fejsie. Patrzyłam na panią, która albo odważnie, albo nieświadomie założyła półprzezroczystą sukienkę, pod którą niezbyt skrzętnie ukrywała się bielizna, krągłości, fałdki i załomki. Trudno było oko odkleić. Jeszcze w międzyczasie notowałam w tablecie motyw przewodni tekstu, który za jakiś czas Wam napiszę. Prowadziłam urywaną rozmowę na czacie i wyglądałam przez autobusowe okno, wypatrując swojego przystanku. Gdy już wysiadłam, zmierzchało. W najwyższym skupieniu wzroku, mięśni i błędnika starałam się nie wypieprzyć na krzywiznach i wybojach chodnika. Gdy wyszłam na prostą, nawet zdecydowałam się na dokończenie rozmowy na czacie oraz notatek w notatniku. Wprawdzie uznałam, że to strasznie idiotyczne, iść i pisać, zwłaszcza, że nogi plączą mi się i bez tego, ale nie przeszkodziło mi to w kontynuowaniu tego procederu.

     Kiedy podniosłam wzrok znad tabletu, celebrując kolejny szczęśliwy krok, nie zwieńczony skręconą kostką czy wybitymi zębami, zobaczyłam go. Szedł w ciemnych okularach mimo zmierzchu, charakterystycznym krokiem, lekko poczłapując. W zasadzie maszerował prosto, ale zdarzało mu się wejść na pasek trawnika biegnący wzdłuż chodnika. Szybko orientował się i wracał na właściwą ścieżkę. Zataczając łuki i postukując białą laską. Szedł. W świat. Nie przejmował się, że świata nie widzi.

     Ale jak to? Ja jestem w stanie zabłądzić, mimo że oczy mam do użytku. A on? Nawet nie zobaczy, że zabłądził? Nie boi się… nie widzieć?



elzbieta-haque

Written by Elżbieta Haque

Elżbieta Haque

Elżbieta Haque – kobieta diabłem podszyta, sarkastyczna jędza o czarnym sercu. To wersja oficjalna. Nieoficjalnie ryczy na komediach romantycznych. W obydwu wersjach pasjonatka życiowych absurdów. Żyje, kocha, wychowuje, pisze, słucha, obserwuje. Ateistka i feministka. Buntowniczka, zwolenniczka krytycznego myślenia, pasjonatka dyskusji.