Wiara w przypadki, szczęście i los

     Jakiś czas temu na Facebooku krążył obrazek z uroczą sentencją: „Osoby, które poznajemy przez przypadek, zazwyczaj robią najwięcej zamieszania w naszym życiu”. Obrazek zebrał tysiące lajków i udostępnień, setki komentatorów achało i ochało pod nim, że to takie głębokie, prawdziwe, że też tak myślą, tak czują i tak im się w życiu stało. Jakież to piękne i inspirujące trafić na coś, co w jednym zdaniu mieści całą głębię naszej duszy. Prawda?


wiara w przypadki

     Czym jest przypadek? Zrządzenie losu, traf, splot wydarzeń, zdarzeń, wypadków? Jakie jest kryterium przypadku? Kiedy coś jest przypadkiem, a kiedy nie jest? A może wszystko, co dzieje się w naszym życiu, jest dziełem przypadku? Nawet my sami jesteśmy dziełem przypadku.

     Gdy idę do pracy i jak zwykle o 9:25 przechodzę przez skrzyżowanie, i spotykam tam tego jedynego, najjedyńszego, bo on zwykle o 9:25 przechodzi przez to samo skrzyżowanie, idąc do pracy – jest to przypadek czy nie? A gdy siadam przy barze, bo postanowiłam usiąść przy barze, a obok mnie siada moja przyszła najzajebiściejsza psiapsiółka, bo też chciała usiąść przy barze, choć zwykle tego nie robi, to jest to przypadek czy nie?

     A może nic nie dzieje się przez przypadek? Może jednak mamy na cokolwiek jakiś wpływ? Sama nie wiem. Zdecydować się nie mogę. Rzucę monetą.

     Rzuciłam i wyszło mi, że w takie bzdety wierzą ludzie, którzy swoje niepowodzenia zrzucają na karb pecha, a szczęśliwe wydarzenia – jak na załączonym obrazku. Ja wolę wierzyć, że wydarzenia w moim życiu są konsekwencją moich decyzji oraz połączenia moich decyzji z decyzjami ludzi, z którymi mam do czynienia. Wszystko, co dzieje się w naszym życiu, jest splotem przeróżnych okoliczności. Ale mamy na to wpływ. Jeśli nie my, to ci ludzie, których spotykamy na swojej drodze.

     W przeciwnym razie bylibyśmy marionetkami w rękach losu, przypadku, opatrzności, boga, pecha, owoców morza. Nie, dziękuję, postoję.

     A skoro już jesteśmy przy owocach morza, przypomniało mi się coś (całkiem przypadkiem) à propos. Którejś niespokojnej nocy oglądałam na Discovery dokument z cyklu I shouldn’t be alive… or samfin. Różni ludzie opowiadali, jakie mieli wielkie szczęście, bo rekin odgryzł im tylko nogę/rękę/ucho/bioderko. Im bardziej podkreślali, jak wielkie mieli szczęście (bo przeżyli), tym bardziej chciało mi się śmiać. Owszem, nie zależało to od nich, nie oni podejmowali decyzję o tym, w jakim stopniu skrzywdzi ich rybka. Dlatego w zasadzie z łatwością zrzucili całe zdarzenie na karb losu. Ale żeby zaraz szczęście? Jeśli już coś mieli, to zajebistego pecha, bo trafili na rekina, który akurat był na tyle wkurwiony, że miał ochotę gryźć – wszystko jedno co. I to nie żaden los, tylko rekin właśnie podjął decyzję, żeby gościa wypluć. To nie szczęście, tylko decyzja owoców morza.

     Zawsze jest czyjaś.




elzbieta-haque

Written by Elżbieta Haque

Elżbieta Haque

Elżbieta Haque – kobieta diabłem podszyta, sarkastyczna jędza o czarnym sercu. To wersja oficjalna. Nieoficjalnie ryczy na komediach romantycznych. W obydwu wersjach pasjonatka życiowych absurdów. Żyje, kocha, wychowuje, pisze, słucha, obserwuje. Ateistka i feministka. Buntowniczka, zwolenniczka krytycznego myślenia, pasjonatka dyskusji.