Umrzemy w samotności… przez internet

samotność
     Wszystko robimy przez internet. Można więc też przez internet umrzeć. I wkrótce przyjdzie nam tak właśnie umierać. Do tego dąży rozwój technologii. Czy dojdzie też do tego, że będziemy przez sieć oddawać mocz? Nie wiem, nie wiem. Wiem na pewno, że grozi nam… s a m o t n o ś ć! Zgroza!

     Czytelniczka napisała list do Focha, który został opublikowany pod tytułem Upośledzone pokolenie: wszyscy jesteśmy samotni w tłumie. Niniejszym mi się ulało, bo takie jęki upośledzają moją wytrzymałość.

     Czytelniczka ubolewa nad stanem pokolenia internetu, smartfona i innych takich. Oczywiście nie jest osamotniona w tych ubolewaniach. W telegraficznym skrócie, bo przecież większość z Was poszła poczytać…, chodzi o to, że kiedyś to nie było warunków, a ludzie rozmawiali, byli ze sobą blisko. Teraz mamy komórki przy tyłku, a toczymy lakoniczne, krótkie rozmowy, często via SMS lub w ogóle na jakimś komunikatorze. Najbardziej zafascynował mnie fragment, w którym czytelniczka ubolewa nad faktem, że teraz, żeby do kogoś wpaść, trzeba się zapowiedzieć z tygodniowym wyprzedzeniem. W związku z czym taki uprzedzony ktoś zdąży posprzątać w chałupie, umyć się i pozamiatać rodzinne brudy pod dywan. Zakładamy maski, udajemy i nie dopuszczamy do siebie bliskich. Bliskich?

     Wszędzie te upośledzone, płytkie relacje, zdawkowe rozmowy, lajki i szery, bez entuzjazmu, dialogu, refleksji. Tyle nas, a tacy biedni i samotni. Niedługo przestaniemy w ogóle buzie otwierać. Żreć będziemy przez sondę. A otwór gębowy ulegnie ewolucyjnemu zarośnięciu.

     Tylko… chwila moment. Technologia dyktuje nam warunki? Zabrania rozmawiać z innymi ludźmi lub nakazuje rozmawiać monosylabami? Czy to raczej ludzie wykorzystują technologiczne nowinki tak, jak chcą, jak potrzebują?

     Może nigdy nam się nie podobało, że ktoś wpada do nas bez zapowiedzi i z ulgą przyjęliśmy zwyczaj zapowiadania się i umawiania. Może nie mamy ochoty, by koleżanka z bloku obok widziała łzy czy talerz zupy rozmazany na ścianie w furii przez lubego, co z pracy wrócił w złym nastroju. Może mamy ochotę wybierać osoby, którym zdradzimy najskrytsze rodzinne sekrety, które przed innymi wolimy zamiatać pod dywan. Może to fajnie, że możemy powiedzieć: “Dziś wieczorem? Nie, dziś raczej nie. Może jutro.” zamiast zaskoczeni otwierać drzwi i ustępować przed przekraczającym próg kolegą z uczelni, który akurat był w okolicy. Może to powoduje rozluźnienie części więzi. A może nam to pasuje. A jak komuś nie pasuje? Relacji nie buduje telefon czy komputer. Buduje je człowiek. Nie buduje, jeśli nie umie lub nie chce.

     Czytelniczka list pisząca ubolewa nad tym, że jak koleżanka wrzuca foty z wakacji, to ona nie wie, czy u niej wszystko dobrze. Klikają wszyscy lajka i dalej nie wiedzą, co u niej. No i spoko. Jeśli u niej nie jest wszystko dobrze i ma ochotę ci to powiedzieć, to powie. Jeśli nie ma ochoty, to nie powie. Jeśli ciebie to interesuje, to zapytaj, zamiast biadolić, że lajki to za mało. Jeśli nie jesteś aż tak ciekawa, to kliknij lajka i zadowól się zdjęciami z wakacji.

     Bo tak jak już wspomniałam, to człowiek buduje relacje z innym człowiekiem, nie procek w komputerze. Jeśli więc ktoś używa komputera czy telefonu, by odciąć się od ludzi, zamiast zbliżyć, to widocznie tak właśnie chce. Widocznie tacy są ludzie. I to nie jest powód do płaczu. To jest coś, co warto obserwować i rozważać, zamiast nazywać to upośledzeniem, bo w ten sposób obraża się cały gatunek ludzki. Ale jeśli komuś smutno, że już nie odwiedza koleżanek bez zapowiedzi, to niech spróbuje to zrobić, zamiast jęczeć, że świat się kończy.

     A z innej strony – bez przesady z tymi przyjaźniami. Jak nie było internetu, mieliście 200 PRZYJACIÓŁ? Czy może raczej jednego przyjaciela i wielu znajomych na “cześć”? Bo jeśli mnie o to zapytacie, odpowiem, że nie miałam stada przyjaciół, z którymi dzieliłam wszelkie bóle, lęki i problemy. Znajomych owszem, miałam wielu. Z kimś można było wypalić szluga pod szkołą, z kimś wypić żura, z kimś wyskoczyć na wagary, z kimś pogadać o muzyce, z wieloma pójść na imprezę czy powydurniać się w parku. Ale tych najbliższych była garstka.

     I kiedy nie było internetu, szukałam czegoś, co mi go zastąpi, choć jeszcze nie wiedziałam, że będzie i jaki będzie. Pamiętam pismo “Wegetariański świat” i rubrykę towarzyską w nim. Można tam było poszukać korespondencyjnych znajomych. Miałam koleżanki, których nigdy nie poznałam w realu, a latami pisałyśmy od cholery listów. Poznałam je np. przez inne koleżanki. Albo wiecie… kolega taty miał córkę i ta córka miała ochotę się zakolegować, napisała list, odpisałam. Taka sytuacja.

     Internet spowodował, że nie muszę latać na pocztę. Oszczędność czasu. W sumie na jedno wychodzi. Mam mnóstwo znajomych, z różnych miast w Polsce, z różnych zakątków świata i nie miauczę, że nie łączą mnie z nimi przyjacielskie stosunki, że nie wiem, czy cierpią na bezsenność, czy starają się o dziecko, czy dziadek im umarł. Przykro mi, nie ze wszystkimi można mieć takie stosunki. Ale w internecie można też zbudować relacje bliższe, intensywne. Można dzielić z kimś smutki i radości, można zastanawiać się co u niego/niej, mimo że się tego kogoś nigdy na oczy nie widziało. Taka znajomość może trwać lata, przeżywać wzloty i upadki, okresy bardziej i mniej natężonych kontaktów. Jak i w przypadku innych kanałów komunikacji, tych usta-usta także.

     A zatem, jeśli nie łączą cię z kimś przyjacielskie, bliskie stosunki, klikasz lajka i nie wiesz, czy ten ktoś ma się dobrze, czy źle, to widocznie cię to tak naprawdę nie obchodzi, albo ten ktoś nie ma ochoty dzielić się z tobą swoimi problemami i radościami. Internet nie jest winien, bo jest tylko narzędziem w naszych rękach. Jeśli cierpisz na płytkość relacji, to tylko dlatego, że nie potrzebujesz innych, głębszych. A to biadolenie? Oczywiście, kiedyś było inaczej i w niektórych odzywa się sumienie, że może tak trzeba, że może trzeba ludziom wchodzić do chaty bez zapowiedzi i wnikać w ich osobiste sprawy.

     Płytko Ci? Skocz na głęboką wodę.

Written by Elżbieta Haque

Elżbieta Haque

Elżbieta Haque – kobieta diabłem podszyta, sarkastyczna jędza o czarnym sercu. To wersja oficjalna. Nieoficjalnie ryczy na komediach romantycznych. W obydwu wersjach pasjonatka życiowych absurdów. Żyje, kocha, wychowuje, pisze, słucha, obserwuje. Ateistka i feministka. Buntowniczka, zwolenniczka krytycznego myślenia, pasjonatka dyskusji.