Tak mi było dobrze, aż nagle przyszedł wrzesień

szkoła

     Człowiek kończy te wszystkie straszne szkoły, wyrywa się z tego kieratu, przyjmuje na klatę dorosłość i radośnie kica, by uczcić fakt, że już nigdy nie będzie musiał wracać w szkolne mury…, a potem przychodzą na świat dzieci. Pełzają obślinione i usmarkane, wyskubują paprochy z dywanu i jest tak cudownie i beztrosko. Nieubłaganie jednak ich rozmiar powiększa się i gdy mają tak około metr dwadzieścia, trzeba kupić gumkę, ołówek, zeszyty, ogromny plecak, tenisówki z białą podeszwą i komplet książek za trzy stówy.

     ”No i super, wyrosło dziecko, w świat idzie” – ktoś powie. W świat, w świat, jasne. Z rodzicem na smyczy. I ten rodzic po szatniach z tłumami rozwrzeszczanych dzieci musi się pałętać, przeciskać, prześlizgiwać. Sterty kwitków musi wypełniać, a niech się tylko pomyli! Jak na sprawdzianie, nie przymierzając. Rodzic musi się w ramy szkolne wcisnąć ponownie, wpasować się w plan lekcji, znać go na pamięć i na wyrywki. Na dwór nie wyjdzie, nim lekcji nie odrobi i kolacji nie zje, nim nie przeczyta czytanki. I nie dukać mi tu, bo dziecko słucha.

     Tu składka, tam składka, napisać ofertę, wycieczka, teatrzyk, oddzwonić do klienta, akademia, klasówka, zrealizować projekt, praca plastyczna, tabliczka mnożenia, spotkanie z kontrahentem, Mendelejew, Pitagoras, BRE Bank i Raiffeisen. Nic umknąć nie może, o wszystkim pamiętaj, wszystko ogarnij, dopnij, siebie dopasuj.

     I nerwy, i cholery można dostać. A to dziecko opór stawia poranny, a to lekcji odrabiać nie chce, a to obiad w szkole nie smakuje, a to trzeba się wozić z religią wepchniętą pomiędzy inne zajęcia, a to w ławce siedzi nie z tym, co trzeba, a to na karate by chciało, a to rozrabia na świetlicy, a to dzwoni co pięć minut, gdy ty akurat w najlepsze… rozmawiasz z klientem. Ołówki się kruszą, długopisy wypisują, kredki fajnie się temperuje, ale kiedyś się kończą, klej ma słodki smak, plastelina wlepia się w wykładzinę, linijki się łamią, giną zeszyty i książki, sznurówki się rwą, trampki się kurczą, spodnie przecierają się na kolanach. A dzieci rosną.

     I tak oto już czwarty rok nasz dom funkcjonuje w cyklu od września do sierpnia, a nie jak u niektórych od stycznia do grudnia. Wakacje przyjmuję z błogością i wcale nie dlatego, że dzieci wyjeżdżają do dziadków. A potem niespokojne łomotanie serca, gdy sierpień nieuchronnie się psuje i pędzi na czołówkę z wrześniem. I znów tenisówki, trzy stówki, wycieczki i metr czterdzieści czystej pogardy i motywacji do pyskowania starym.

HOUGH!



elzbieta-haque

Written by Elżbieta Haque

Elżbieta Haque

Elżbieta Haque – kobieta diabłem podszyta, sarkastyczna jędza o czarnym sercu. To wersja oficjalna. Nieoficjalnie ryczy na komediach romantycznych. W obydwu wersjach pasjonatka życiowych absurdów. Żyje, kocha, wychowuje, pisze, słucha, obserwuje. Ateistka i feministka. Buntowniczka, zwolenniczka krytycznego myślenia, pasjonatka dyskusji.