Słyszę głosy – Moi polscy idole z jajami

Rysiek Riedel

     Po tekście o młodych, męskich polskich głosach, obiecałam napisać o niemłodych. Oto jesteśmy – ja i moi idole płci męskiej.

     Tak się składa, że bardzo lubię (kocham?) polską muzykę. Skłamałabym, gdybym napisała, że wychowywałam się wyłącznie na takiej, ale dość wcześnie stała się ona dla mnie ważna. A jeśli polska muzyka, to oczywiście głównie mężczyźni. I to bez względu na to, czy mam na myśli twórczość sprzed 20-30 lat, czy nieco późniejszą. Nic nie poradzę na to, że lubię męskie głosy. Choć, z tego co słyszałam, mam napisać również o kobiecych. Postaram się, następnym razem.

     Gdy byłam mała, słuchałam różnych dziwnych rzeczy. W tamtych, zamierzchłych czasach na dyskotekach w podstawówce bawiliśmy się zarówno przy chłamie, jak i przy przebojach Lady Pank, Lombardu czy Perfectu. Ale dopiero kaseta zespołu Róże Europy “Poganie! Kochaj i obrażaj” miała znaczenie. Pożyczył mi ją mój kochany brat cioteczny, wyjeżdżając. Tęskniłam, więc słuchałam jej w kółko, analizując teksty i delektując się charakterystycznym brzmieniem gitary. To było w połowie lat 90. Kiedy po 2000 roku poznałam pana Ryszarda Klatta, ojca wokalisty zespołu, to było dla mnie mistyczne przeżycie. Wiecie, mogłam uścisnąć rękę człowiekowi, który Piotrkowi tyłek podcierał… tą ręką. Absolutne szczęście.

     Wprawdzie wcześniej kochałam się w Piasku i katowałam kasety Mafii, ale… nie wyszło nam. Nasze drogi się rozeszły. I pomimo całej sympatii do niego, barwa jego głosu nie pozostała moją ulubioną. Natomiast jeszcze jako nastolatka szczerą i trwającą do dziś miłością pokochałam głosy Oleja i Lipy.

     Nie wiem, dlaczego, ale Proletaryat i Illusion traktowałam jak pakiet, komplet. Najchętniej słuchałam ich naprzemiennie. Dziś bardziej wierna jestem Illusionowi. Pamiętam, jak leżałam w szpitalu z okazji wyrostka. Sala dwuosobowa. Obok mnie jakiś dzieciak wylądował. Mama, tata, ciocia, ktoś tam jeszcze… Całe stado ludzi towarzyszyło mu w tej wzniosłej chwili przyjmowania na oddział. Nie wiem, może nie konał i stąd taki kondukt. Taka byłam wtedy zbuntowana, że założyłam na uszy słuchawki z piankową osłonką, rozkręciłam głośność mojego walkmana (LOL) na cały regulator i słuchałam Illusion “3″, ostentacyjnie czytając “Mein Kampf” Adka Hitlera. Ich miny były bezcenne.

“Keff” zadedykowałabym paru osobom, ale wiem, że nie ma to sensu.

     Z Tomkiem Lipnickim układa mi się do dziś. W sumie lata mi, czy to Illusion, czy Lipali, czy jeszcze coś innego. Ważne, żeby sobie posłuchać.

     Jako zblazowana małolata nie mogłam nie słuchać Dżemu, prawda? Zresztą “za moich czasów” i w moim towarzystwie można było odnieść wrażenie, że wszyscy słuchają Dżemu, a połowa tych wszystkich grała Dżem. Najfajniejsze chłopaki w szkole grały Dżem. Laski mniej lub bardziej potajemnie się w nich bujały. Dzięki nim Rysiek był z nami niezależnie od jego miejsca pobytu. Rysiek był niezwykłym artystą, zjawiskiem. Skąd biorą się tacy jak on?

     Gdy już nie byłam siusiumajtką z liceum, moją uwagę przyciągnął Grzegorz Ciechowski. Zawrócił mi w głowie i odszedł. Odchodząc, nie zabrał mnie. Ale zostawił mi cząstkę siebie. Pewne piosenki Ciechowskiego są dla mnie szczególnie ważne, wręcz symboliczne. Szczerze mówiąc jego głos odbiega od tych moich ukochanych. Ale okazuje się, że jest coś, co jest ważniejsze. Wzrusza, chwyta za serce, miętosi i wciska w kąt z kocykiem przy policzku. Mnie. A was to nie wiem…

     Wyżej wymienieni mieli na mnie duży wpływ i chwała im za to, bo do dziś słuchałabym Dr. Albana. Teraz wypadałoby wymienić te dziesiątki polskich wykonawców, których bardzo lubię słuchać i… kurczę… śpiewać. Jak nikt nie słyszy. Albo w aucie, gdzie słuchać mnie musi rodzina. Przepraszam. Nie dam jednak rady wymienić ich wszystkich. Pewnie połowa właśnie wypadła mi z głowy. Ale podrzucę kilku, a co mi tam.

     Coma, projekty Kazika, projekty Maleńczuka, projekty Grabaża, Kury, Pogodno, Akurat, Lao Che, Myslovitz, Happysad, Acid Drinkers, Flapjack, Sweet Noise, T.Love, DAAB, Raz Dwa Trzy, TSA, KAT, Habakuk, Muchy, Rootwater Brygada Kryzys, Tilt, Czesiek, Czarek, znaczy ten no, CeZik… Kurde, mam wrażenie, że mogę tak bez końca.

     To jest dokładnie tak, jak wygląda. Jestem muzycznie nadaktywna, nadpobudliwa i skaczę z kwiatka na kwiatek, jak jakaś – nie przymierzając – blachara. Sama nie potrafię wydać z siebie żadnego czystego dźwięku, więc nadrabiam zasysaniem takowych. Ssijcie i wy!

Pa : )

Piszcie miasta!




elzbieta-haque

Written by Elżbieta Haque

Elżbieta Haque

Elżbieta Haque – kobieta diabłem podszyta, sarkastyczna jędza o czarnym sercu. To wersja oficjalna. Nieoficjalnie ryczy na komediach romantycznych. W obydwu wersjach pasjonatka życiowych absurdów. Żyje, kocha, wychowuje, pisze, słucha, obserwuje. Ateistka i feministka. Buntowniczka, zwolenniczka krytycznego myślenia, pasjonatka dyskusji.