“Sezon burz” Sapkowskiego. Granice możliwości. Granice krytyki

sezon-burz1
     Przeczytałam niedawno sagę o wiedźminie Geralcie i opowiadania. Przeczytałam po raz kolejny, bo zwyczajnie się stęskniłam. Mimo że nie przepadam za ostatnią częścią – “Panią jeziora”, to kończyłam ją z żalem, bo wiedziałam, że tuż po ostatniej stronie czeka na mnie pustka. I tęsknota. Potem zaczęłam marzyć, że Andrzej Sapkowski siada i znów pisze przygody Geralta. Nawet ruszyłam na poszukiwania do sieci. Liczyłam na to, że trafię na jakieś zapowiedzi, wieści, plotki, czy coś… Chciałam nawet napisać do niego rzewny list i prosić go w nim, by napisał choć stronę. Człowiek na głodzie wymyśla różne dziwne rzeczy. I w końcu na coś trafiłam. Trafiłam na wypowiedź Sapkowskiego, że wiedźmin to zamknięty rozdział i wracać do niego nie zamierza. A jeśli ktoś twierdzi, że jest inaczej, to łże. Łezka zakręciła się w oku.

Wtem!

     Z ogromnym dystansem podchodziłam do najnowszej książki Sapkowskiego o zachęcającym tytule “Sezon burz”. Najpierw zdenerwowałam się, że nie ma jej w wersji elektronicznej. Miesiąc wcześniej obiecałam sobie papier brać tylko z biblioteki, a pieniądze wydawać na ebooki – ze względu na ograniczone miejsce na półkach.

     Potem przyszły pierwsze relacje znajomych, pierwsze recenzje na blogach. Miażdżąca krytyka. Naczytałam się tyle, że mi się odechciało kupować “Sezon burz”. Jednak coś mnie zaskoczyło w tych wszystkich recenzjach. Zwykle, gdy czyta się nieprzychylną recenzję książki, można tam znaleźć informacje, że na przykład nudna, że nic odkrywczego, że wtórne, że słabe, że kiepski styl. Te wiadra pomyj, które wylały się na autora, to chyba zbyt wiele, nawet gdyby rzeczywiście napisał coś fatalnego. Przykro mi się zrobiło, bo wydaje mi się, że twórca tego formatu zasługuje na to, by oceniać jego twórczość, a nie jego samego.

     Nie podoba się książka? Trudno. Żal jest o wydane na darmo pieniądze? Sorry. Zacznij kupować obrazy. Z nimi to od razu wiadomo, czy ładne czy fuj. Jak ktoś ma takie hobby, jak czytanie książek, to może albo pożyczać, albo kraść, albo brać na klatę ryzyko, że wyda kasę na kiepską opowieść. Zwłaszcza biorąc pod uwagę, że… gusta są różne, jednemu się podoba, innemu nie. Nawet kierując się recenzją, można wbić się na minę. A zatem wylewanie wiadra pomyj na twórcę tylko dlatego, że mnie się nie podobało, to jednak nieporozumienie.

sezon-burz2     My książkę kupiliśmy. Mimo marnych recenzji i mieszanych uczuć. Ryzyk fizyk. Gdzieś pomiędzy domestosem, hot wheelsami a pleśniowym serem. W markecie. Przeczytałam. Początek rozczarował mnie bardzo. Zanudził mnie po prostu. Dynamika na poziomie zmęczonego trabanta. Ale przecież nie jestem taka, żeby nie przeczytać do końca. Denerwowało mnie, że Geralt jakiś taki był grzeczny i miły, strasznie dużo myślał i wyrażał się jak profesor z Aretuzy. Jaskier rozsądkiem nagle grzeszyć zaczął. Jakieś to wszystko takie inaczej poukładane mi się wydało, inaczej spisane, inaczej powiedziane. “Niech ich cholera” – pomyślałam sobie, męcząc kolejne rozdziały.

     Trochę w swoim życiu napisałam. Nie porównuję się do Sapka, ale zdarzało mi się kreować postaci. Nigdy jednak na taką skalę. Mimo wszystko jestem w stanie sobie wyobrazić, że gdybym wróciła do jakiejś postaci po kilkunastu latach przerwy, miałabym problem, by w nią wejść ponownie. Nawet uzyskanie takiego samego stylu narracji po takim czasie byłoby karkołomne. I moim zdaniem Sapkowskiemu to nie do końca wyszło, mimo warsztatu. Trudno. Ostatecznie można powiedzieć, że Geralt taki właśnie był, nim zmądrzał, a Jaskier – nim zgłupiał i sodówka mu uderzyła do głowy.

     Co mu w takim razie wyszło? Akcja w końcu rozwija się i nabiera dynamizmu. Napina się jak guma w gaciach, aż się czytelnik (znaczy ja) denerwuje, czy nie strzeli. Niby wiadomo, że nie strzeli, bo nie może, ale i tak się czytelnik denerwuje. Czytelnik (znaczy ja) dostaje zbiór ciekawych i dobrze czytających się historii (wyjąwszy toporne początki). Na dodatek są finezyjnie połączone ze sobą niby drętwym motywem z mieczami, które zaginęły w akcji. No cóż, tym motywem mógł być równie dobrze gołąb pokoju pojawiający się to tu, to tam, albo bąk puszczony przez krasnoluda, którego poczuł każdy od Koviru aż po Nilfgaard. Mamy więc klamerkę spinającą cały “Sezon burz”. Mamy też takie wężowe języki, nawiązania do znanych nam historii, postaci, wydarzeń.

     Na koniec coś dla niepoprawnych romantyczek ryczących nawet na reklamach proszku do prania. Takie coś mięciutkie i cieplutkie jak kocyk z mikrofibry. Epilog pozwala poczuć wiedźmina Geralta niemal namacalnie, jakby był na wyciągnięcie ręki. Nadspodziewanie mnie to ucieszyło. I mimo jego niedoskonałości – wszak trudno o doskonałego kochanka – chętnie przeczytałabym jeszcze, a potem jeszcze i jeszcze. Niech to będą nawet ostatnie pierdoły, niech to będą początki białowłosego, niech to będą nieznane losy spomiędzy opowiadań czy dzieje po białym zimnie. Cokolwiek. Niech się w czasie choćby przemieszcza. Byle był. To chyba miłość jest.




elzbieta-haque

Written by Elżbieta Haque

Elżbieta Haque

Elżbieta Haque – kobieta diabłem podszyta, sarkastyczna jędza o czarnym sercu. To wersja oficjalna. Nieoficjalnie ryczy na komediach romantycznych. W obydwu wersjach pasjonatka życiowych absurdów. Żyje, kocha, wychowuje, pisze, słucha, obserwuje. Ateistka i feministka. Buntowniczka, zwolenniczka krytycznego myślenia, pasjonatka dyskusji.