Rodzice nie pozwalają mu nie wierzyć

religia
     Pisałam już kiedyś o wolności wyznania. Ale to było dawno temu, wiec znów czuję potrzebę.

     Pisałam tam z żalem o niechodzących na religię dzieciach drugiej kategorii i złych, niewierzących rodzicach, którzy swe dzieci na to skazują. Pisałam, ale zmieniłam zdanie. Dzięki swoim dzieciom.

Przeczytaj także:

Prawie jak wolność wyznania

     Pewnego dnia Paweł przyszedł z zaskakującą (dla niego) informacją. “Mamo, a rodzice Dżona nie pozwalają mu NIE wierzyć w boga”. Wyjaśniłam mu, że to w zasadzie standard, bo gdy rodzice wierzą, to nie widzą innej opcji dla dziecka, mimo że opcji przecież jest wiele. Dorosły człowiek, któremu wcześniej niestety nie było dane, poznaje różne religie, wyznania, ludzi, światopoglądy. Ma wtedy możliwość wybrać świadomie. I że oni będą mogli tak właśnie wybrać, kiedyś, gdy będą czuli potrzebę, bo my – rodzice nie chcemy im niczego narzucać i do niczego zmuszać. “Jesteście inni niż wszyscy rodzice” – powiedział Paweł. Serio. A to zdecydowanie fantastyczny komplement.

     Gdy przyglądam się sytuacji, w jakiej znaleźli się koledzy Michała, sześciolatki z pierwszej klasy, nie mam poczucia, że zrobiłam mu jakąś krzywdę, wypisując go z religii. Jego koledzy borykają się z wybrykami katechety, który wymyślił chyba, że najlepsza droga do boga prowadzi przez stek bzdur i zastraszanie. Dzieci reagują różnie na opowiadane przez niego rewelacje, jedne zupełnie obojętnie, drugie się boją, inne przeżywają i mają kłopot z przetwarzaniem tego wszystkiego. Jednak największy kłopot mają chyba rodzice, bo albo nie reagują albo reagują w dziwnie nieporadny sposób.

     Dlaczego? Bo religia w szkole jest formą nacisku. Ona tam jest, więc pojawia się przeświadczenie, że skoro jest, to trzeba na nią uczęszczać. I nieważne, co odwala katecheta. Można ponarzekać do innych mam, że dziecko źle reaguje na te lekcje i na delikwenta, nakablować wychowawczyni. Tylko po co? Wychowawczyni nic nie może. Nawet dyrektor może bardzo niewiele. Przecież nie zwolni księdza czy katechety za to, że ten realizuje program przez kurię ustalony. A że realizuje go ze szkodą dla dzieci… Akogoto? Rodzic albo będzie hodował odszczepieńca (jak ja), albo będzie godził się na pranie mózgu dziecka niezależnie od tego, jakie to wywołuje u dziecka samopoczucie. Zdaje się, że rodzicom łatwiej przychodzi załatwienie rocznego zwolnienia z wychowania fizycznego, niż rezygnacja z lekcji religii. Dlaczego?

     Trzeba uświadomić sobie jedną ważną rzecz. Dziecko w zerówce czy pierwszej klasie bierze za pewnik to, co usłyszy od dorosłego, od nauczyciela w szkole. Czyli tak samo wierzy w to, że 2+2=4 jak w to, że w każdej chwili może pójść do babci, która jest w niebie. A informacje, które są elementami wiary, przedstawiane są dzieciom w formie faktów. Niektórzy wierzą, że lalki Monster High zrobione są z gówna. Koledzy mojego syna też już o tym wiedzą, bo katecheta był na tyle miły, by ich poinformować. Elementem wiary jest także to, że po śmierci idzie się do lepszego świata. Dla dziecka komunikat ten oznacza, że śmierć nie jest niczym złym i informacja, żeby uważać przy przechodzeniu przez jezdnię, bo samochód jak rozjedzie to zabija, traci swoją siłę. Bo skoro dzięki temu, że rozjedzie mnie auto, trafię do lepszego świata, to w sumie spoko, nie? Ci którzy grzeszą, dostają po łapach i lądują w piekle. A jak mama grzeszy? Może przeklina, nie chodzi do kościoła? Pewnie skończy w kotle z płonącą smołą. Sama radość.

     Dziecko w drugiej czy trzeciej klasie jest oczywiście w stanie zrozumieć, na czym polega wiara, pod warunkiem, że zostało mu to wyjaśnione. Niestety jeśli od małego słyszy o tym, że bóg stworzył świat i ludzi, a na innych lekcjach uczy się o wielkim wybuchu i ewolucji, to… No właśnie, to co? Zastanów się rodzicu, jaki komunikat otrzymuje. Jestem ciekawa, jak te sprawy załatwia się w domach katolików.

     Dziś bardzo cieszę się z tego powodu, że moje dzieci nie chodzą na religię. Obcy człowiek nie próbuje nimi manipulować, straszyć konsekwencjami oglądania nieodpowiednich bajek i noszenia niewłaściwych ubrań, a nawet robienia zakupów w niedzielę. Nie muszę ich uspokajać i kombinować, co tu zrobić, gdy dziecko chce uniknąć pójścia na te lekcje, bo tam duchy, upiory i potwory. Nie muszę zmagać się z wyrzutami sumienia wywołanymi faktem, że stawiam “co ludzie powiedzą” wyżej niż samopoczucie dziecka.




elzbieta-haque




Photo credit: nandadevieast / Foter / CC BY

Written by Elżbieta Haque

Elżbieta Haque

Elżbieta Haque – kobieta diabłem podszyta, sarkastyczna jędza o czarnym sercu. To wersja oficjalna. Nieoficjalnie ryczy na komediach romantycznych. W obydwu wersjach pasjonatka życiowych absurdów. Żyje, kocha, wychowuje, pisze, słucha, obserwuje. Ateistka i feministka. Buntowniczka, zwolenniczka krytycznego myślenia, pasjonatka dyskusji.