Rób mi dobrze

love

Nie przebranżowiłam się wprawdzie na tematykę okołoseksualną, ale przecież jakoś musiałam was zwabić. Dobro, samo w sobie, jest mało fascynujące, słabo się sprzedaje, słabo klika i słabo roznosi. Zwłaszcza w porównaniu z drugim biegunem – to co szokujące, złe, chamskie, podłe klika się świetnie, trafia na pierwsze strony gazet, młócone jest na wszelkie sposoby jak stara dziwka. A ja o robieniu dobrze dziś piszę, znaczy czynieniu dobra, więc jakoś musiałam waszą uwagę zdobyć.

Zadanie to trudne, bo muszę konkurować z wypowiedziami episkopatu, które z racji znajdowania się na tym drugim biegunie, klikają się doskonale, z błyskotliwymi spostrzeżeniami T. Terlikowskiego, przejmującymi wystąpieniami polskich polityków oraz sensacyjnymi nagłówkami mediów głównego nurtu. Aż dostałam zadyszki od tego konkurowania. I smutnych zmarszczek mimicznych. Bo to całe zło, ta szarość nakrapiana kupą kotłuje się, kręci w betoniarce, przelewa, ludzie to czytają, oglądają, brudzą się tym, denerwują, frustrują, przekazują dalej, biorą w wiaderka i wylewają na kolejnych i kolejnych. Fuj.

Tak mało jest dobra. Trudno mu się przebić, jak roślince przez betonowe płyty. A jak już się pojawi, szybko ginie rozjechane szeroką oponą agresji. Szkoda, bo jest zaraźliwe. Przekonałam się o tym dobitnie. Sama nie nazwałabym się dobrym człowiekiem. Moje teksty tutaj bywają agresywne, wkurzam ludzi, obrażam kogoś czasem. Ale miewam przebłyski. Przebłyski tym częstsze, im częściej trafiam na dobro. Dość duży, oślepiający przebłysk zafundował mi Marcin Perfuński (w niektórych kręgach znany jako SuperTata) swoim postem. Nie napiszę, że zrobił to niespodziewanie, bo po nim akurat można spodziewać się rzeczy dobrych, wszak jest człowiekiem o ogromnym sercu, ciepłym i serdecznym.

Znalazł we mnie coś pozytywnego, pokazał mi i pomachał mi tym przed nosem. Pomyślałam sobie “fajne to”. W efekcie następny swój tekst pisałam z myślą o tym, żeby ograniczyć w nim współczynnik agresji, bo przecież muszę dorównać wizerunkowi, który Marcin mi pokazał. Bo skoro był dla mnie miły, powinnam (chcę) być miła również. Przynajmniej w stopniu, który nie będzie mnie uwierał i nie sprawi, że przestanę być sobą.

Potem w moim newsfeedzie pojawił się post Tomka Lipnickiego, mojego idola od szczenięcych lat, którego piosenki w tych szczenięcych latach kształtowały moją postawę. Po latach widać, że już jako gówniara dobrze wybierałam sobie idoli.

Tomasz ma rację. Tak po prostu trzeba, żeby nie utonąć w tym łajnie. Trzeba doceniać pozytywy, miłość, wszelkie przejawy dobra. Samemu też spróbować coś z siebie wykrzesać. Musimy być konkurencyjni wobec tego drugiego bieguna. Trudne to, bo jednak gówno bardziej śmierdzi niż fiołki pachną. Ale trzeba się starać spychać tych troglodytów do niszy sfery publicznej. Nie mogą być w centrum wydarzeń i zainteresowania. Potrzeba nam dobra a nie kościoła z jego przedstawicielami szczującymi na lewaków, gejów i joginów, a nie polityków, którzy potrafią tylko rzucać się do tętnic oponentom, a nie hejterów, którzy plują na oślep, werbalnie wieszają i sprzedają kulki w łeb tym, którzy im się nie podobają.

Są politycy, którzy gdzieś tam ciężko i rzetelnie pracują, ale o nich się nie mówi, bo to się nie klika. Są księża, którzy niosą dobro, ale o nich jest cicho, bo nie pieprzą kocopołów, od których można dostać skrętu kiszek. Są gdzieś urzędnicy, którzy z uśmiechem i życzliwością podchodzą do ludzi, ale oni premii nie dostaną, bo premiuje się tych, co rozdają grzywny. Gdzieś tam są staruszkowie, którzy potrafią dać ciepło, ale oni są cichsi niż ci, co wymachują laskami na TVN i wyzywają od kłamców i złodziei każdego, kto nie słucha radia z twarzą.

Powinniśmy wybierać treści, które do nas docierają, filtrować je. Powinniśmy piętnować parszywe postawy i doceniać te z bieguna dobra, pamiętając, że zarówno dobro, jak i zło są zaraźliwe.

Wyobrażam sobie, że gdyby dostrzec coś dobrego w… no nie wiem… pośle Krystynie Pawłowicz i jej to pokazać, powiedzieć jej, że fajna z niej babka, bo… przeprowadziła staruszkę przez jezdnię, to ona by więcej tych staruszek przeprowadziła i miałaby mniej czasu na wylewanie szamba na ludzi. Szczerze w to wierzę. Może nawet by jej się spodobało bycie dobrym człowiekiem i takim by została.

Podobają mi się takie akcje jak Przytul Homofoba. Przytulanie, choćby werbalne (bo za fizyczne można w ryj dostać albo wyrok) roztapia lód w takim skostniałym sercu. Powinniśmy przytulać Macierewiczów, Terlikowskich, Rydzyków tego kraju.

A może gdybyśmy wszyscy pokochali prezydenta Dudę, to on by pokochał nas wszystkich?

Na koniec zaśpiewam z Tomkiem Lipnickim i ekipą Lipali:

“Mam nadzieję, taki sen
na kochanie, a nie bieg
na światowe miłości władanie

Na widzenie słabych stron
swoich a nie innych wciąż
na zwyczajne ludzkie pojednanie”

m mm M



Elżbieta Haque



Photo credit: Arkadiusz Sikorski vel ArakuS / Foter / CC BY

Written by Elżbieta Haque

Elżbieta Haque

Elżbieta Haque – kobieta diabłem podszyta, sarkastyczna jędza o czarnym sercu. To wersja oficjalna. Nieoficjalnie ryczy na komediach romantycznych. W obydwu wersjach pasjonatka życiowych absurdów. Żyje, kocha, wychowuje, pisze, słucha, obserwuje. Ateistka i feministka. Buntowniczka, zwolenniczka krytycznego myślenia, pasjonatka dyskusji.