Prawie jak wolność wyznania – lekcje religii to pikuś

religia
     Wróciłam z zebrania rodziców w szkole. Wiecie – pierwsza klasa. Nauczycielka też pierwsza klasa. Serio. Ma tylko jedną wadę. W sumie może ze dwie. Po pierwsze jest strasznie gadatliwa. A po drugie już zdążyła zaplanować wspólną wigilię w klasie, łamanie się opłatkiem, śpiewanie kolęd pod choinką i rozmarzyła się na myśl o śniadaniu wielkanocnym. Urządzanie religijnych obrządków w szkole drażni mnie chyba bardziej niż lekcje religii. Z lekcji religii można dziecko wypisać. Trudno jednak wypisać je ze wszystkich lekcji, na których odbywają się przygotowania do obchodzenia poszczególnych świąt.

     Miałam ochotę z tej okazji coś napisać. Ale przypomniałam sobie, że swego czasu napisałam już na ten temat. Szkoda się powtarzać.


Jako rzecze Konstytucja.

     Konstytucja RP gwarantuje wszystkim obywatelom naszego kraju wolność wyznania. Żaden człowiek nie może być zmuszany do wyznawania jakiejś wiary, nie może być szykanowany, dyskryminowany. Miło i ciepło jak u pana boga za piecem. Jedynego boga.

     Z pracy nikogo nie wyrzucą za wyznanie, bo nikt na czole nie ma napisane, że wierzy w jakiś inny niewidzialny twór, albo w ogóle w nic. Na pytania o wiarę nie trzeba odpowiadać, albo można kłamać. W ogóle w gruncie rzeczy to nikogo nie obchodzi. Nie obchodzi to nikogo podczas organizowania zwyczajowego firmowego śledzika czy innej wigilii. Nikt nie pyta, czy organizować, pytają tylko, kiedy. Nikogo nie obchodzi, trzeba być. Trzeba dać się obśliniać obcym ludziom podczas łamania się opłatkiem, nawet jeśli opłatek kojarzy ci się tylko z tajemniczą recepturą wypieku fajnych wafli.

     Znajomych też sobie nie dobieramy na podstawie kryterium wyznawanej religii. Nie dobieramy, bo to nikogo nie obchodzi. O tym się w towarzystwie nie rozmawia. Bo niby o czym tu rozmawiać? Rozmawiać o swoich dylematach związanych z wiarą, o zwątpieniach i przemyśleniach? Hellooł! O jakich przemyśleniach? Żeby je mieć, najpierw trzeba myśleć. Trudno jednak myśleć, zgłębiać, wątpić i wracać, wierzyć, gdy wiara dla większości to kościół co niedzielę, msza, na której klęka się wtedy, gdy inni i trzepie się bezmyślnie slogany i wierszyki. O czym zatem rozmawiać, skoro te wierszyki i piosnki są od zawsze te same? O tym, że się organista rąbnął i pomylił zwrotki. Ostatecznie.


Ustawienia domyślne.

     A może nie jest tak, że nikogo nie obchodzi? Może to po prostu uznawane jest jako ustawienie domyślne? Dostajesz nowy sprzęt z oprogramowaniem i to oprogramowanie skonfigurowane jest domyślnie, fabrycznie. Dopiero jak będziesz zdeterminowany, możesz pogrzebać w ustawieniach i je zmienić wedle swoich preferencji. Dopóki jednak nie zapoznasz się wystarczająco z systemem i nie poznasz swoich preferencji, używasz ustawień domyślnych.

     Większość nie wpadnie na to, by cokolwiek zmieniać, bo jeśli się czegoś używa “od zawsze”, to wydaje się to jedyną właściwą opcją, albo jedyną dostępną, albo “wszystko mi jedno”. Albo strach grzebać, żeby nie popsuć, bo jest takie ostrzeżenie na ekranie, że w przypadku zmiany konfiguracji można stracić dotychczasowe dane. Garstka pozmienia ustawienia pod własne potrzeby i będzie się nawet fajnie korzystało z urządzenia, ale do czasu. Kiedy ta garstka zechce coś doinstalować, okaże się nagle, że prawie wszystko, czego chcą użyć, jest niekompatybilne z niefabrycznymi ustawieniami systemu. Część można użyć, ale nie będzie można z nich korzystać w pełni. Inne mogą spowodować pojawienie się niebieskiego ekranu śmierci.


Jan i jego światopogląd.

     Żeby nie zadręczać Cię, Drogi Czytelniku, tą rozbudowaną parabolą, przejdę do opisów przyrody niczym u Orzeszkowej. Jest sobie Polak. Jan. Poznajcie Jana. Jan urodził się w przeciętnej polskiej rodzinie. Tata mechanik, matka salowa. Jaś dużo czytał, był mądrym chłopcem, dociekliwym. W podstawówce biegał do kościoła i na lekcje religii przy kościele. Potem uczęszczał na lekcje religii w szkole. Uczył się modlitw, przykazań takich i owakich, malował obrazki z Jezuskiem, gołąbkiem i okiem w trójkącie. Wklejał także do zeszytu kserówki do kolorowania ze świętą rodziną. Bywał na rekolekcjach i dawał księdzu świstek do podstemplowania, żeby udowodnić księdzu w szkole, że na rekolekcjach był. Inaczej groziłaby mu niższa ocena. Z wiekiem zadawał sobie i dorosłym coraz więcej pytań. Aż w końcu uznał, że ta wiara jest do dupy i był durniem, że dawał sobie tak prać mózg od małego. Zbuntował się i na nowo zbudował swój światopogląd. Ten nowy oparł na zdrowym rozsądku.

     I tak sobie żył… od jednych świąt do drugich, podczas których wszyscy przyjmują z góry, że wszyscy dookoła są wyznawcami jedynego boga. Ale nie narzekał. Wszak do ludzi o odmiennym światopoglądzie ma szacunek, więc nie psioczył zanadto na katolików, którzy podchodzą do swej wiary bezmyślnie i automatycznie, którzy nie znają Biblii i nauk Jezusa. Świetnie za to znają nauki KK, głównie zakazy i nakazy. W końcu Jan założył rodzinę. Nie wziął ślubu kościelnego, zgodnie ze swoim i swojej kobiety światopoglądem. Gdy urodziło im się dziecko, nie ochrzcili go. Chcieli je uczyć religii a nie wiary, pozwalać poznać różne kultury i różnych bogów, zachęcać do poszerzania horyzontów.

     Schody zaczęły się w przedszkolu, gdzie nikt nie pytał o to, jakiej wiary wyznawcami są rodzice i dziecko i czy w ogóle jakiejś. Maluch przynosił z przedszkola coraz to nowe informacje o bogu (to coś w niebie, do czego trzeba się modlić), o niebie (tam idą martwi ludzie), Maryi i aniołkach. Był królem na jasełkach i śpiewał kolędy. Przecież w domyślnych ustawieniach ma być katolikiem.

     Rodzice nieco odetchnęli, gdy dziecko poszło do zerówki. Okazało się bowiem, że można zdecydować, czy dziecko ma chodzić na religię, czy też ma się w tym czasie bawić na świetlicy. Uradowani rodzice napisali stosowne oświadczenie i od tego momentu dziecko było wolne od lekcji religii. Ulżyło im niezmiernie, bo okazało się, że na pierwszej lekcji religii dzieci musiały rysować martwego Jezusa, a ich dziecko raczej nie umiało rysować martwych ludzi. No i tak oddychali z ulgą do czasu, kiedy ich dziecko po lekcjach zapytało, czy bóg umarł wcześniej niż papież i o co chodzi z tym synem boga. Okazało się wtedy, że również na świetlicy dziecko nie jest wolne od wdrukowywania domyślnych ustawień systemu. Puszczano mu filmy tematyczne, żeby się biedak nie zepsuł, żyjąc takim pustym życiem bez wiary. Przyszły święta bożego narodzenia i okazało się, że nikogo nie obchodzą dzieci niechodzące na religię. A raczej obchodzą, ale inaczej – powtórzyła się sytuacja z przedszkola, szopka, kolędy, wigilia z udziałem dzieci i rodziców…

     Tak. W Polsce jest wolność wyznania zagwarantowana przez Konstytucję RP. Tylko spróbuj człowieku mieć inne wyznanie, niż domyślne. Powodzenia! Mission impossible. Nikogo nie obchodzi, że chcesz wychowywać dzieci wedle własnego światopoglądu. Możesz próbować. Ale dlaczego ktoś miałby to ułatwiać? O nie. Walcz, jeśli masz siłę. Jeśli nie, pogódź się z tym, że twoje dziecko będzie domyślnie katolikiem. W szkole są lekcje religii, na które potomek nie musi uczęszczać, ale program świeckich przedmiotów nie jest wolny od atrakcji związanych z katolicyzmem, a jednocześnie jest całkowicie pozbawiony elementów zaczerpniętych z innych religii. Na języku polskim omawia się Biblię. Nie omawia się za to Koranu. Dlaczego? Czyżby Biblię napisał jakiś wielki polski wieszcz a Koranu nie? Gdy w czasie pewnej rozmowy śmiałam zauważyć, że Polak nie ma prawa wychowywać dziecka w zgodzie z INNYM światopoglądem, bo religia jest w każdym kącie szkoły, na każdej ścianie i w kotach kurzu walających się po szatni też, dowiedziałam się, że Polak oczywiście ma prawo, ale musi to robić, jednocześnie szanując fakt, że Polska jest krajem katolickim i że wszyscy są katolikami. Bo po prostu i domyślnie trzeba pogodzić się z tym, że większość to katolicy i oni mają władzę.


Prawa dziecka.

     I to jest smutna prawda. Mają władzę nad umysłami. Dzieci nie mają prawa do wolności światopoglądowej. Są obywatelami drugiej kategorii. Dzieci nie dotyczy Konstytucja RP. Nie dotyczy ich zapisana tam wolność wyznania. A to niby Polska przedstawiła Komisji Praw Człowieka przy ONZ projekt Konwencji Praw Dziecka, która gwarantuje dziecku prawo do wspomnianej wyżej wolności. Dopiero gdy będą dorosłe, albo przynajmniej zaczną rozumować szerzej, nabędą prawo do tej wolności. I będą walczyć dzielnie, by egzekwować to prawo. Jako dorośli będą pełni nadziei, że uda im się przekazać swój światopogląd dzieciom. A potem spotkają się ze ścianą zbudowaną przez Kościół Katolicki ramię w ramię z urzędnikami administracji publicznej.

     Dziś, w XXI wieku, prawa dziecka łamane są oficjalnie i bez przeszkód, w świetle jakiegoś innego prawa niż to, które gwarantuje najważniejszy akt prawny tego kraju. Gdyby ktoś chciał się przyczepić, dostanie w twarz ochłapem, bo przecież dziecko nie musi uczęszczać na lekcje religii. A że staje się w ten sposób uczniem drugiej kategorii, to już sprawa między dzieckiem a rodzicami. To rodzic jest tym złym, który funduje dziecku “taki los”, który naraża dziecko na bycie odszczepieńcem, na szykany ze strony kolegów. Bardzo często rodzice ze strachu przed takimi konsekwencjami bezsilnie rezygnują, usuwają się w cień i pozwalają działać machinie piorącej mózgi dzieciom przez kolejne lata edukacji.

     Taka jest smutna prawda o kraju, który ma konstytucyjnie zapisany rozdział państwa i kościoła. Co dalej? Eksterminacja? Do złudzenia przypomina to germanizację systemu edukacji pod zaborem pruskim.

Written by Elżbieta Haque

Elżbieta Haque

Elżbieta Haque – kobieta diabłem podszyta, sarkastyczna jędza o czarnym sercu. To wersja oficjalna. Nieoficjalnie ryczy na komediach romantycznych. W obydwu wersjach pasjonatka życiowych absurdów. Żyje, kocha, wychowuje, pisze, słucha, obserwuje. Ateistka i feministka. Buntowniczka, zwolenniczka krytycznego myślenia, pasjonatka dyskusji.