Nie zgub dziecka

dzieci
     Pracuję w takiej dziwnej galerii handlowej, podobnej zupełnie do niczego. Można tu sobie kupić Jaguara czy innego Land Rovera, ciuchy Lagerfelda, robota kuchennego za kilka tysi, trzymetrowy obraz w oleju, sekretarzyk z brązu ze złotymi okuciami, usta, nieopadającą powiekę, lodówkę za kilkadziesiąt tysięcy, spódniczkę za tysiaka, meksykański kominek i inne cuda. Rozglądałam się pilnie i nie widziałam, by można było tu kupić dziecko.

     Dlaczego ktoś miałby chcieć kupić sobie tutaj dziecko? No bo jak się jedno zepsuje albo zgubi, to warto móc sobie dokupić nowe. No ale… ale…

     Nader często zdarza się, że ludzie przychodzący tutaj z dziećmi prezentują postawę “zepsuje się, trudno, kupię se nowe”. Pomyślałam więc, że może gdzieś tu nimi handlują. Gdzieś między BMW a Deni Cler.

     ”Zaczekajcie tutaj, ja pójdę do tamtego sklepu” – rzecze tata do dwójki dzieci. Jedno ma ze 4 lata, drugie może 6. Dzieci się buntują, nie chcą zostać, ale tata sadza je na fotelach nieopodal salonu mego i idzie w cholerę. Za fotelami jest rabatka na kamiennym tarasie (to się pewnie architektonicznie jakoś nazywa, ale sorry, aż tak mądra nie jestem), kwiatki stamtąd mogą swobodnie zwisać aż do niższego poziomu, czyli ładnych kilka metrów. Te pozostawione bez opieki dzieci również bardzo chciały, śladami bluszczu, zwisać. Mogłam też je swobodnie uprowadzić, upchnąć na zapleczu i sprzedać ich organy na czarnym rynku. Mogłam, ale akurat mi się nie chciało wstać z krzesła. Bo wygodne.

     Na wprost salonu mego mają swój wylot ruchome schody z niższego na mój poziom. Na szczycie tych schodów bawił się pewien rezolutny chłopiec lat może 7. Rozmawiałam akurat z klientami, a że całą witrynę mam oszkloną, to się skupić nie mogłam. Chłopiec najpierw nieśmiało spacerował na ostatnim stopniu tyłem do reszty schodów, starając się, by go nie wyjechało na stały ląd. Gdy już się nieco ośmielił, zaczął tam podrygiwać, w końcu tańczyć i uprawiać jogging niczym na mechanicznej bieżni. Trwało to jakieś 10 minut. Znikąd rodziców. A moja wyobraźnia tańczyła lambadę. Już widziałam, jak traci równowagę i sobie głowę rozbija staczając się po tych schodach w dół.

     Na samym dole jest oczko wodne z oszkloną kładką biegnącą środkiem. Niedaleko kładki zaś kończy swój bieg fascynujący wodospad. Mały chłopiec balansował na krawędzi szklanej płyty, próbując sięgnąć dłonią ściekającej wody. Czekałam na chlupnięcie.

     Dzieci biegające samopas, łażące w te i wewte, skradające się, siadające na podłodze są na porządku dziennym. Samochody jeżdżące po pasażu również. Dwa salony samochodowe na piętrze, którym przynajmniej raz dziennie trzeba przestawić ekspozycję, zobowiązują. Dziecko latające jak opętaniec i samochód przemieszczający się w pobliżu to nigdy nie jest dobry miks. Ale spoko, luz, kto by tam dzieci pilnował.

     Takich scenek jest mnóstwo, a ja tu przecież od niedawna. Nawet nie muszę się ruszać z miejsca, żeby mnie krew zalała. Fakt, nic się nie stało. Nikt nie wyciął dzieciakom nerek, nie spieprzyły się z wiszącego tarasu, nie chlupnęły do wody, nie padły ofiarą Jaguara, nie zostały wciągnięte przez ruchome schody. Ale mogłyby.

     Jeśli, rodzicu, uważasz, że dziecko ma szczątki rozsądku, to… chyba że po innym tatusiu. Zostawiając dziecko w centrum handlowym na ławeczce to tak, jakbyś je na ulicy zostawiał. Uważasz, że dzieci mają instynkt samozachowawczy? Nic mi o tym nie wiadomo. Że strach im nie pozwoli wpakować się w kłopoty? Tak, pozwoli uniknąć Buki i potworów spod łóżka i z szafy. Bo tak poza tym to dzieci bywają nieustraszone, a instynkt każe im testować schody, poręcze, ruchliwe ulice, zakamarki, za tamtą półką w sklepie, głębokość stawu…

     U nas tu nie da rady kupić nowego dziecka, gdy stare się zepsuje, zniszczy lub zgubi. Polecam pilnować. Zwłaszcza, że szkoda zmarnować lata inwestycji. Policz, ile kosztowały cię same pieluchy. To już lepiej od razu darować sobie dziecko i kupić dobry samochód.





elzbieta-haque




Photo credit: fiskfisk / Foter / Creative Commons Attribution 2.0 Generic (CC BY 2.0)

Written by Elżbieta Haque

Elżbieta Haque

Elżbieta Haque – kobieta diabłem podszyta, sarkastyczna jędza o czarnym sercu. To wersja oficjalna. Nieoficjalnie ryczy na komediach romantycznych. W obydwu wersjach pasjonatka życiowych absurdów. Żyje, kocha, wychowuje, pisze, słucha, obserwuje. Ateistka i feministka. Buntowniczka, zwolenniczka krytycznego myślenia, pasjonatka dyskusji.