Nie ważne co robisz – masz znaczenie

usmiech
     Twoja praca ma znaczenie. Nawet jeśli myjesz podłogi, smażysz kurczka w kurczakowni, odbierasz telefony w pizzerii czy rozdajesz ulotki. No, może jak rozdajesz ulotki, to mniejsze, ale wcale się nie przejmuj.

     Dawno, dawno temu zapragnęliśmy na obiad pizzy. Weekend był, nikt nie chciał się zgłosić na fraochotnika, żeby coś upichcić. OK, zatem pizza. Zadzwoniłam. Odebrał przemiły mężczyzna. Mówił do mnie obniżonym głosem, żartował, flirtował. Aż i ja zmieniłam modulację głosu, zaczęłam popiskiwać jak podlotek i chichotać zawzięcie. Składanie zamówienia trwało dość długo, a na koniec pan o mruczącym głosie zaznaczył, że za chwilę, gdy tylko się rozłączymy, oddzwoni do mnie, ponieważ zamówienie jest na znaczną kwotę a mają taką procedurę potwierdzania dużych zamówień. I żartował, że to może podejrzanie wygląda, że do mnie wydzwania, ale takie wymogi. Oddzwonił i znów chwilę żartowaliśmy. Gdy odłożyłam telefon, miałam rogala na gębie i trudno mi było go sobie odkleić. Aż małżon się obruszył, bo przemknęło mi przez głowę (i mi się wymsknęło głośno), że taka sexpizza na telefon to fajna sprawa. Pizza, która wkrótce przyjechała, smakowała wyśmienicie. Tylko trudno się ją jadło z uśmiechem, który nie chciał zejść z twarzy.

     Mimo że to było już spory kawałek czasu temu, pizzę zdążyłam strawić, wydalić, a tłuszcz z niej już sprawnie wkomponował się w moje biodra (bo przecież nie w cycki), pana o mruczącym głosie nadal pamiętam. Ale gdy wczoraj dzwoniłam po pizzę, nie liczyłam na to, że taka przyjemność spotka mnie ponownie. Liczyłam natomiast na jakąś normalną obsługę. Ale koleś, który telefon odebrał, zamiast mruczeć, mamrotał. No, ta, ta, no. Szczekał do mnie, jakby musztrę prowadził, a co gorsza szczekał niewyraźnie. Fon, dres, mówienie (wiecie, telefon, adres, zamówienie). Mówi mi, że ta pizza, co ja chcę, to się na promocję nie załapie, bo ma za dużo składników. Mówię mu na to, że luzik, nie jestem do niej przywiązana, zaraz wybiorę jakąś inną. W odpowiedzi słyszę, że… (uwaga!) on wyrzuci ekstra ser z tej pizzy i się nada, bo… nie ma czasu ze mną tyle rozmawiać, żebym ja sobie teraz coś wybierała. Gdy mi już podał wartość zamówienia, piznął słuchawką, nie powiedziawszy nawet do widzenia. Pizzę jadło mi się łatwo, bo żaden uniesiony kącik ust w tym procederze nie przeszkadzał.

     Sobie nie myśl, że nie masz wpływu na ludzi, bo TYLKO sprzedajesz bilety w kiosku, albo odbierasz głupie telefony na infolinii. Od ciebie się zaczyna. Spieprzysz humor klientowi, klient się zeźli, spieprzy humor swojemu dziecku, dziecko kopnie sąsiadkę, sąsiadka opieprzy listonosza, listonosz zaniesie zarazę na osiedle obok, gdzie ktoś przez ciebie może skoczyć z okna. Bo byłeś niemiły dla klienta. Ale wystarczy, że nabijając na kasę kajzerkę, uśmiechniesz się do pani, która po tę kajzerkę przyszła, a może ona uśmiechnie się do dziecka, dziecko uśmiechnie się do psa, pies do listonosza, listonosz uśmiech zaniesie na sąsiednie osiedle i może ktoś nie skoczy z okna, bo ty uśmiechnąłeś się do pani, która kupowała kajzerkę.




elzbieta-haque




Photo credit: Jonathan Kos-Read / Foter / Creative Commons Attribution-NoDerivs 2.0 Generic (CC BY-ND 2.0)

Written by Elżbieta Haque

Elżbieta Haque

Elżbieta Haque – kobieta diabłem podszyta, sarkastyczna jędza o czarnym sercu. To wersja oficjalna. Nieoficjalnie ryczy na komediach romantycznych. W obydwu wersjach pasjonatka życiowych absurdów. Żyje, kocha, wychowuje, pisze, słucha, obserwuje. Ateistka i feministka. Buntowniczka, zwolenniczka krytycznego myślenia, pasjonatka dyskusji.