Nie odcinaj dziecka od netu

internet
     Swego czasu modne było narzekanie na internet. Słychać było utyskiwania, że relacje spłyca. Pisałam więc o samotności w sieci zainspirowana tymiż oraz o śmierci w internecie – porządnie już natchniona. Po roku od tamtych pamiętnych tekstów nabrałam ochoty na zabieg dalej idący – na wystawienie internetowi laurki.

     Muszę w tym miejscu podkreślić, że moje życie przed internetem było niepełne. Czegoś mi brakowało. Jakoś tam łatałam tę lukę, ale niewątpliwie miałam poczucie dyskomfortu. Teraz jest mi z netem zupełnie naturalnie. Na każdym kroku dostrzegam plusy jego istnienia i cieszę się, że jest.

Kilka plusów?

     Żeby daleko nie sięgać. Wiecie, dzieci miewają marzenia. Rodzice lubią spełniać dziecięce marzenia. Uważam, że dziś mamy ułatwione zadanie. Nie zawsze jest banalnie prosto, ale… łatwiej niż w ubiegłym stuleciu. Michał marzył o tym, żeby pojawić się w telewizji. Realizacja tego marzenia była niczym bułka z masłem, a w zasadzie stało się samo. Gdyby nie net, nie wiedziałabym, że Filip Chajzer poszukuje osób do materiału. Krótka wiadomość, szybki telefon, nagłe spotkanie i proszszsz, dziecko ma swoje 5 sekund czasu antenowego w TV śniadaniowej.

     Teraz ja. Odkąd pamiętam, miałam potrzebę wyrażania swojej opinii na różne tematy. Najchętniej podzieliłabym się swoją opinią z każdym autorem jakiegokolwiek dzieła, które zrobiło na mnie wrażenie. Kiedyś zupełnie nie miałam takiej możliwości. Teraz łatwiej dotrzeć do ludzi. Można napisać Wątłemu, że się opierdala, Wojewódzkiemu, że wariat. Można nasmarować dwa słowa uznania do Grahama Mastertona. Można wypowiedzieć się na temat kontrowersyjnej płyty Mozila i można dostać feedback i fajnego kopa.

     Mój tata (65 l.) nie ogarniał netu. Oglądaliśmy w TV program kulinarny jakiejś pani. Zainteresował go przepis realizowany na ekranie. Oczywiście najpierw pojawiło się rozczarowanie, że i tak go nie powtórzy, nie zapamięta. Od czego jest internet? No przecież znajdę! A może wiem, gdzie kupić gofrownicę na otwarty ogień. Jasne, że wiem – w necie.

To narzędzie, którego trzeba nauczyć się używać.

     Korzystając z wizyty, posadziłam tatę przed komputerem. Był podekscytowany. Opowiedziałam, czego może w necie szukać, bo “wszystko” brzmi zbyt abstrakcyjnie zarówno dla sześćdziesięciolatka jak i dla sześciolatka. Pokazałam jak szukać. Po czym powiedziałam, żeby sobie posiedział i się pobawił. Gdy wróciłam do gabinetu 3h później oglądał filmiki instruktażowe, jak budować jakieś tam maszyny. A od komputera wstał natchniony z nowym pomysłem. Bo to taki konstruktor-wynalazca.

     Za pomocą kilku kliknięć mogę pokazać dzieciom, jak wygląda kupa nosorożca, sprawdzić w 3 sekundy pisownię angielskiego wyrazu, ściągnąć z sieci zdjęcia bocianów do pracy domowej. Zawsze, gdy czegoś nie wiem, mogę powiedzieć “Nie wiem, sprawdzę… w necie”. A gdy czegoś nie umiem zrobić, bo elektronika mnie przerasta, mogę poprosić o pomoc dziewięcioletniego syna.

     I właśnie oto dochodzę do sedna sprawy. Dzieciaki ogarniają sprzęt elektroniczny lepiej niż zgredy. To jest ich naturalne środowisko. Urodzili się wśród telewizorów plazmowych, tabletów, notebooków, smartfonów i routerów. Często robią coś po prostu na czuja, kiedy my-zgredy boimy się coś kliknąć, dotknąć, wcisnąć, bo może wybuchnie.

     Ale…
…przyjmują ten świat takim, jaki jest – bezkrytycznie. To jest ich przekleństwo. Znają ten wirtualny świat, potrafią w nim podróżować, ale eksplorują go bardzo powierzchownie. Pokoleniu, które zna internet od urodzenia, brak – co wykazały badania – umiejętności krytycznego weryfikowania informacji. Pokolenie 30-40-latków może mieć problem z technikaliami, natomiast informacje doskonale filtruje, przesiewa i wybiera to, co wiarygodne, wartościowe i sensowne.

     Nie odcinajmy dzieci od internetu, bo tak naprawdę nie da się tego zrobić. Ale podzielmy się z nimi wiedzą, co można w internecie znaleźć (bo że wszystko, to żadna informacja), nauczmy, jak szukać i jak odróżniać wiedzę wartościową od spamu. Tak jak mówimy maluchom, że Superman to fikcja, a ludzie tak naprawdę nie latają, wysilmy się i nauczmy dzieci weryfikować informacje, szukać w kilku źródłach.

     Im więcej czasu dziecko zużyje na pozytywne aspekty internetu – oglądanie zdjęć z egzotycznych miejsc, słuchanie muzyki z czarnego lądu, czytanie o kolesiu, co wynalazł kamerę i jak to zrobił, oglądanie w czeluściach YT “Było sobie życie” – tym mniej przepierniczy na głupoty. A teza, że “ma jeszcze czas na te całe internety, komputery”, jest cokolwiek chwiejna. Ma czas, jasne. Ale wygłodniały, dopuszczony do koryta zbyt późno, narobi syfu jak świnia, zamiast smakować z godnością, wyposażony w sztućce i serwetkę.

     My i tak tego nie zatrzymamy, nie jesteśmy w stanie wysłać internetu, gdzie diabeł mówi dobranoc. Nasze mózgi zmieniają się, dostosowując się do realiów i zmieniły się także, dostosowując się do życia z internetem. Łatwiej zapamiętujemy lokalizacje niż informacje. Niech więc to będą dobre lokalizacje, a nie zdobyte bez wsparcia i kontroli, gdy już rodzice machnęli ręką i uznali, że zobaczenie gołej dupy nie będzie szokiem.



Elżbieta Haque



Photo credit: pobre.ch / Foter / CC BY

Written by Elżbieta Haque

Elżbieta Haque

Elżbieta Haque – kobieta diabłem podszyta, sarkastyczna jędza o czarnym sercu. To wersja oficjalna. Nieoficjalnie ryczy na komediach romantycznych. W obydwu wersjach pasjonatka życiowych absurdów. Żyje, kocha, wychowuje, pisze, słucha, obserwuje. Ateistka i feministka. Buntowniczka, zwolenniczka krytycznego myślenia, pasjonatka dyskusji.