Nauka końca starego roku

bieg
     Człowiek uczy się przez całe życie. Nic więc zaskakującego, że 31 dzień grudnia 2014 roku przyniósł mi lekcję.

     W przeddzień tego zaskakującego zdarzenia ostatnim moim wieczornym (o 2:00 AM, w sensie, że w nocy) zadaniem było przestawienie budzika z 8:00 na 7:00. Zwykle do pracki pyr pyr z maożonem autem, jednak tego pamiętnego dnia miałam przemieszczać się autobusem (w moim przypadku dwoma lub trzema), stąd konieczność zmiany czasu pobudki, by zdążyć, jak człowiek, na 10:00. Zaczytałam się potężnie w dziele o wdzięcznym tytule Rzecz o mych smutnych dziwkach, dlatego do snu się nie kwapiłam. Ale w okolicach 2:00 rozsądek się we mnie obudził… Znaczy rozładowywał mi się tablet, na którym czytałam, a po ładowarkę nie chciało mi się ruszyć dupy. Wzięłam do ręki telefon, ale stwierdziwszy, że jest poprawnie nastawiony na 8:00 oraz na 8:05, złożyłam głowę na poduszce i odpłynęłam do Morfeusza.

Rano. Budzik.

- O kurwa, 8:00! – wrzasnęła moja dusza: – Ki chuj, ja pierdolę!

     O 8:00 miałam już stać na przystanku, wsiadać z gracją do autobusu, mknąć w stronę słońca. W najgorszym wypadku o 8:20. Te dwa autobusy relacji Ząbki – Ząbki typowałam wieczorem, jako idealne i w sam raz, by dotrzeć do pracki mej na czas.

     W głowie błysnął mi obrazek z tej pamiętnej nocy, kiedy to budzik miałam przestawić. Zobaczyłam, jak na filmie, że… nie przestawiłam, bo uznałam, że jest OK. To trwało sekundy, szacuję, że wręcz ułamki.

     - Głupia cipo! – warknęłam na siebie w myślach. Jednocześnie biegłam już ku porannej toalecie, układając w myślach plan awaryjny, przypominając sobie, o której są kolejne autobusy i licząc, ile się spóźnię. W amoku umyłam głowę (muszę to robić rano, po śnie, nie przed, w przeciwnym razie uznano by mnie za bezdomną), podsuszyłam strzechę, wyszlifowałam kły, odziałam się w coś z natury wymiętolonego, żebym tego nie musiała prasować. Powrzucałam do torebki, co tylko przyszło mi do głowy (i tak zawsze potem mam wrażenie, że o czymś zapomniałam), wymamrotałam do zaczepiających mnie dzieci, że jestem spóźniona, więc sobie nie pogadamy. Ostatni rzut oka na zegarek. 8:22. Kurwa!

     Okręciłam się szmatami i wyleciałam z domu. Miałam wrażenie, że o czymś zapomniałam. Trudno. Najwyżej. Wybiegłam z osiedla. Kiedy, niczym perszing, przemierzałam skrzyżowanie, zobaczyłam, że autobus właśnie rusza z przystanku. Fak! Żeby zdążyć, musiałabym przebiec przez jeszcze jedno przejście i jeszcze kilkadziesiąt metrów do przystanku, no i cofnąć się w czasie, żeby on jeszcze stamtąd nie odjeżdżał, bo nawet jak mu przetnę drogę, to przecież na pasach w życiu mi nie otworzy. Na “jeszcze jednym przejściu” stanęliśmy twarzą w twarz. Patrzyliśmy sobie w oczy, ja i autobus. Zatrzymał się przed przejściem. Cóż, przepisy. Kiwnęłam głową w podziękowaniu i runęłam przez pasy. Choć już bez nadziei. Nigdy nie otwierają na przejściu. Nie mogą. Przepisy… Otworzył. Otworzył! Szok! Niedowierzanie. Szczęście. Byłam uratowana. Podziękowałam i dupnęłam, żeby złapać oddech przed kolejnym biegiem.

     Autobus ten wywiózł mnie z Ząbek do Ząbek, gdzie mogłabym przesiąść się w kolejny, który wywiózł mnie do Warszawy, gdzie przesiadłam się w kolejny, który zawieźć mnie miał na Mokotów. Na ostatnim przesiadkowym przystanku rozluźniłam się na tyle, żeby – czekając na przyjazd mojej drogiej czterystajedynki – wyciągnąć tablet z ledwie dychającą bakterią i odpalić smutne dziwki.

     Potem już było jak w bajce. Autobus przyjechał na czas, usiadłam, gapiłam się na ludzi oraz na oklepany pejzaż pełen asfaltu. Nie było żadnego wypadku, korka, opóźnienia. Gdy wysiadałam z autobusu pod Panoramą, była 9:07. Byłam w pracy 50 minut za wcześnie. Przez te 50 minut zadawałam sobie pytanie, dlaczego dotychczas nie wpadłam na to, że do pracy można szykować się 20 minut, a nie zwyczajowe 1,5h.



Elżbieta Haque



Photo credit: vestman / Foter / CC BY

Written by Elżbieta Haque

Elżbieta Haque

Elżbieta Haque – kobieta diabłem podszyta, sarkastyczna jędza o czarnym sercu. To wersja oficjalna. Nieoficjalnie ryczy na komediach romantycznych. W obydwu wersjach pasjonatka życiowych absurdów. Żyje, kocha, wychowuje, pisze, słucha, obserwuje. Ateistka i feministka. Buntowniczka, zwolenniczka krytycznego myślenia, pasjonatka dyskusji.