My vs oni, czyli rozprawa o tym, co dzieje się z naszym społeczeństwem i dlaczego.

16058900383_5db17fffe2_b

Naturalny podział.

Chodzimy po naszym polskim padole i wzdychamy, jak to możliwe, że zostaliśmy tak brutalnie i skrupulatnie podzieleni. Jak to możliwe, że sąsiad sąsiadowi wilkiem. Że przy świątecznym stole już nie można podyskutować o Polsce, bo 12 potraw zaczyna fruwać z impetem u sufitu. Że znajomi rzucają się sobie do gardeł. Że obcy ludzie chętnie widzieliby drugich na szubienicach lub z kulą w głowie i dwa metry pod ziemią.

Odpowiedź jest pocieszająca i smutna jednocześnie. Bo oto zaszły bardzo podstawowe, z punktu widzenia socjologii, procesy. Skoro wszystko w normie, żadna tam społeczna katastrofa, to chyba wypada odetchnąć z ulgą? To jednak smutne, że w tak łatwy sposób jesteśmy w stanie się poróżnić, że tak łatwo jest ten stan pogłębić i podtrzymywać.

Spójrzmy zatem… My, ludzie, mamy silną potrzebę kategoryzowania i porządkowania innych, co łatwe nie jest, bo relacje społeczne są zawiłe. W zależności od kategorii, do jakiej przypiszemy daną osobę, zastosujemy względem niej adekwatny kanon zachowań. Inną mamy postawę wobec członków najbliższej rodziny, inną wobec sąsiadów, jeszcze inną wobec mieszkańców Kanady. Jest jedno rozróżnienie, które w szczególny sposób determinuje naszą postawę wobec innych ludzi i to bez względu na to, jak dalecy czy bliscy nam są, czy mamy z nimi kontakt czy nie. Ono szczególnie silnie wpływa na nasze zachowanie względem innych. Jest to kategoryzowanie na „my” i „oni”.

Względem tych, których postrzegamy jako członków grupy „my”, czujemy pewną uczuciową więź, sympatię, zaufanie. Względem tych drugich automatycznie czujemy podejrzliwość i antypatię. Odczuwając przynależność do grupy „my”, czujemy się bezpiecznie, dobrze. A jednocześnie względem tej drugiej grupy czujemy niepewność.

Ten podział nie jest namacalny, oparty na jakichś racjonalnych kategoriach, dlatego nie można powiedzieć, że w Polsce biegnie on pomiędzy katolikami a całą resztą, wyborcami PiS a całą resztą. Jest on raczej instynktowny, a linia podziału wije się jak sznurek w kieszeni. Ale, co bardzo ważne, tylko świadomość istnienia tej drugiej grupy sprawia, że czujemy przynależność do swojej. Tylko poczucie zagrożenia ze strony tej drugiej sprawia, że czujemy się bezpiecznie w swojej. Tylko niechęć do tej drugiej pcha nas w silne objęcia swojej. A zatem sensem i istotą istnienia grup „my” i „oni” jest antagonizm. Tworzymy ten podział w swojej głowie, rywalizujemy gremialnie z członkami tej drugiej grupy lub ich zwalczamy. Jak kibice dwóch drużyn. Jak dwa narody. Jak „ach, ta dzisiejsza młodzież” i „mam nadzieję, że nigdy nie będę takim zgredem”.

Ot, ludzka natura. Serio, nie wymyślam koła na nowo. To wszystko podstawy. Równie dobrze mogłabym zrobić przedruk z socjologicznych opracowań.

Mamy to? Nie ma pytań? Przejdźmy więc dalej. A tu zaczynają się schody.

Kto jest silniejszy i dlaczego są to właśnie oni?

Tutaj muszę do teorii włączyć konkrety, nazwać grupy. Pierwsza niech zwie się „rzekomi patrioci” (RzP), czego wyjaśniać raczej nie muszę. Instynktownie wiecie, o kogo chodzi. Drugą nazwę „opozycją”, z braku laku. I nie mam na myśli opozycji w sensie politycznym. Opozycją nazywam tych, których rzekomi patrioci uważają za swoich przeciwników.

Grupa RzP wydaje się być zwarta, jednolita, jednomyślna i nienawidzi swojej opozycji. W drugą stronę jest inaczej – opozycja nie jest spójna, często nie utożsamia się z grupą, nie jest też jednomyślna. A jej uczucia względem RzP nie są tak radykalnie negatywne, tak utkane agresją.

Z czego to wynika? Z czym to się wiąże?

Grupa RzP zyskała bardzo silną tożsamość dzięki wyraźnemu obrazowi opozycji. Widzą nas jako zbitą, jednolitą masę, którą nie jesteśmy. Ową zwartość i wyrazistość zyskaliśmy dzięki skutecznej propagandzie. Mimo że bardzo różnimy się… wszystkim, nadano nam zbiorową tożsamość, określono nasze cechy wspólne. Jesteśmy świniami oderwanymi od koryta, komuchami, resortowymi dziećmi, wrogami ojczyzny, donosicielami na Polskę na arenie międzynarodowej, lewakami, często nosimy futra, jeździmy na rowerach, jesteśmy wegetarianami i mamy ten zwierzęcy magnetyzm elementu animalnego. Mało istotne, że to absurd, bo część z opozycji nawet nie pamięta socjalizmu w Polsce, część klepie biedę i koryta w życiu na oczy nie widziała, część nie utożsamia się z lewicą, a część to eurosceptycy wpieprzający schabowe. Propaganda zrobiła z nas jednolitą masę. Dzięki tej pozornej wyrazistości, precyzji w widzeniu wroga RzP zyskuje na sile. Im silniejszy obraz wroga, tym silniejsza tożsamość grupy własnej, co ustaliliśmy już na początku. Do tego strach. Ten też został zasiany. Bo wpuścimy do kraju uchodźców, tj. terrorystów, otworzymy kraj na obcych, pozwolimy się wszystkim skrobać, gejom płodzić dzieci i znów będziemy okradać Polskę. Strach jednoczy bardziej.
Mamy więc zjednoczoną, spójną grupę, która bezrefleksyjnie łyka propagandę i dzięki niej jest coraz silniejsza, coraz bardziej skonsolidowana i wrogo nastawiona. A po drugiej stronie? Opozycję, która nie jest zjednoczona, zwarta, spójna, bo członkowie grupy widzą różnice między sobą, są krytyczni, a bywa, że się ze sobą spierają. Silniejszą więź czują z innymi, mniejszymi grupami, z którymi się identyfikują. A więc brak tożsamości. Na dodatek nikt nam nie wskazał dokładnie wroga, nie opisał go i nie kazał nienawidzić. W grupie RzP widzimy więc różnych ludzi, a nie zbitą masę. Nie zasiano w nas strachu, w każdym razie wciąż go za mało, a więc i ten nas nie jednoczy. Brak nam zatem warunków i czynników koniecznych do bycia zwartą, silną grupą. Myślimy, widzimy w więcej niż dwóch kolorach, jesteśmy mniej podatni na propagandę (o czym niżej), której i tak nie ma nam kto wkładać do głów. Dlatego jesteśmy słabsi, mimo że liczniejsi i – powiedzmy to wprost – mądrzejsi.

A co z prawdą?

Odbiór i przyswajanie informacji to kolejna godna uwagi kwestia zbadana przez socjologów. Członkowie grupy silnie się z nią identyfikujący nie patrzą na świat obiektywnie. Zaskoczeni? Często można odnieść wrażenie, że interpretują słowa czy zdarzenia według jakiegoś tajemniczego klucza, albo tylko udają, że nie widzą prawdy. Otóż to słuszne wrażenie i nie, nie udają! Profesor Bauman pisze: „Wrogość, podejrzliwość i agresja wobec tych, którzy nie należą do „naszej” grupy, rodzą przesądy i z kolei same są przez nie wzmacniane. Przesąd oznacza tutaj stanowczą niechęć do uznania jakichkolwiek zalet wroga, połączoną zarazem ze skłonnością do wyolbrzymiania jego rzeczywistych i wyimaginowanych wad. Wszystkie poczynania strony uznanej za nieprzyjacielską interpretowane są tak, że jeszcze bardziej wyostrzają jej niekorzystny obraz, a wszelkie motywy interpretowane są jako niegodziwe, jak gdyby na mocy zasady: „Cokolwiek zrobicie lub powiecie, zostanie wykorzystane przeciwko wam”.”

Choćbyśmy stanęli na rzęsach, druga strona nam nie uwierzy, nie zaufa, nie otworzy się na argumenty. Bo wszystko, co robimy i mówimy, jest kłamstwem, elementem spisku, częścią prowokacji – jest złe z założenia. Co więcej, próżno oczekiwać od RzP obiektywnej oceny zachowań, jakiejś jednej miary do oceny postaw własnych i opozycji. Można odnieść wrażenie, że członkowie grupy RzP cierpią na rozdwojenie jaźni. Taki sam czyn ocenią różnie w zależności od tego, kto go dokonał. Gdy prawica gwiżdże i buczy na ceremonii pogrzebowej, po prostu wyraża dezaprobatę, do wyrażania której ma prawo. Lewactwo gwiżdże, bo jest zbydlęcone i jest to czyn niegodny. Gdy narodowcy wyzywali i szarpali działaczy KOD, to było OK, sami się wszak kodziarze prosili, bo przyszli. Gdyby to samo spotkało RzP, śpiewaliby zupełnie inaczej i nie byłoby to cyniczne kłamstwo i manipulacja. Oni naprawdę zupełnie inaczej oceniają taki sam czyn w wykonaniu członka własnej grupy i członka grupy przeciwnej. Poprzednia władza obsadzała stołki własnymi ludźmi i to było nie fair, bo w ten sposób dorabiali swoich i rozkradali Polskę. Obecna ma prawo to robić, bo trzeba otaczać się swoimi, zaufanymi ludźmi dla dobra dobrej zmiany. Poprzednia władza złamała Konstytucję, powołując nadprogramowych sędziów, obecna nie złamała, tylko naprawiła błędy poprzedniej, bo trzeba okiełznać te rozpasane świnie władzy sądowniczej. Porzućmy więc nadzieje wszelkie, bo nie ma najmniejszych szans, by RzP racjonalnie ocenili działanie koterii, którą mamy obecnie u władzy i w jej szerokich przyległościach.

Kto to łyka?

Mamy również w zasięgu ręki stworzony przez socjologów profil człowieka, który jest podatny na propagandę i patrzenie na ludzi przez pryzmat przesądów, w rozumieniu przedstawionym przez Baumana w cytowanym wyżej fragmencie. Jeszcze raz zacytuję profesora: „Skłonność do przesądów nie jest taka sama u wszystkich ludzi. Wielokrotnie zauważono, że niektóre osoby ze szczególną łatwością i ochotą widzą świat przez pryzmat ostrych, nie dających się pogodzić opozycji, z namiętną niechęcią odnosząc się do wszystkich, którzy są lub przynajmniej wydają się inni. Cechy takie dają o sobie znać w postawach rasistowskich, które można podciągnąć pod ogólniejszy termin ksenofobii, nienawiści do wszystkiego, co „obce”. Ludzie, którzy silnie powodują się przesądami, najczęściej opowiadają się także zdecydowanie za jednorodnością. Nie potrafią tolerować najmniejszego odstępstwa od ścisłych reguł postępowania i dlatego opowiadają się za silną władzą, która trzymałaby ludzi w ordynku. O jednostkach przejawiających takie cechy powiada się, że mają osobowość autorytarną. [polecam odsyłacz do Wikipedii, cechy, które wykazuje ten typ osobowości, są bardzo znamienne] (…) Tak więc podatność na wizję ostrej granicy pomiędzy „nami” i „nimi”, a także zazdrosna obrona pierwszych przed rzekomym zagrożeniem ze strony drugich ściśle łączą się, jak się wydaje, z poczuciem niepewności, które powstaje w warunkach drastycznej zmiany z zwyczajowych, swojskich realiach”.

O walce dwóch cywilizacji mówił profesor Mikołejko w wywiadzie dla PolskaTimes. Warto zerknąć, chcąc dowiedzieć się, czego oni tak naprawdę się boją i do czego dążą.

OK, mamy ogarnięte dwie grupy, propagandę, przesądy. Spróbuję zmierzać ku końcowi, choć zagadnienie fascynujące w swojej prostocie i banalności.

Neutralność, wątpliwości i skrupuły, zdrada.

Dla tych, którzy próbują stać z boku, przyglądają się tylko i twierdzą, że ich ta walka nie dotyczy, mam złą wiadomość. Neutralni są neutralni tylko we własnym spojrzeniu na świat. Antagonistyczne grupy postrzegają ich jako swoich wrogów. Skoro ktoś nie jest z nami, jest przeciw nam i kropka. Nie ma tu żadnej dyskusji. Jeśli zaś w radykalnej grupie wykluje się ktoś, kto ma wątpliwości, przychodzą mu do głowy jakieś głupoty, że własna grupa może się mylić, że w tej drugiej grupie też są w sumie ludzie, że nie ma co się wrogo nastawiać, że ta druga grupa w niektórych sprawach może mieć rację, marny jego los. Albo zostanie sprowadzony na właściwy tor rozumowania, albo wydalony i potraktowany jak zdrajca (europoseł z ramienia PiS – dr Kazimierz Ujazdowski po konstruktywnej krytyce swojej partii stracił stanowisko w jej radzie politycznej i może też wylecieć całkiem). A propos zdrady… Największymi hardkorami są odstępcy. Kto był z nami, ale przeszedł na drugą stronę i uprawia krytykę, jest gorszy niż zwykła opozycja i może liczyć na szczególne względy (jak choćby prof. Jadwiga Staniszkis czy prof. Ryszard Bugaj).

Układ sił

To, jak rozkładają się siły w rozgrywce, jest kwestią płynną. Antropolog Gregory Bateson nazwał tarcia, akcje i reakcje zmierzające do ustalenia pozycji grup secesjogenezą. Siły mogą rozkładać się symetrycznie, asymetrycznie lub chwiejnie. W secesjogenezie symetrycznej obydwie grupy równie mocno akcentują antagonizm i adekwatnie reagują na demonstrację siły grupy przeciwnej. Taka sytuacja pogłębia konflikt i nie daje wielkich szans na kompromisy i rozejmy. W secesjogenezie komplementarnej mamy do czynienia ze słabością jednej ze stron, reakcją na którą jest potęgowanie siły drugiej strony. Czyli my sobie pozwalamy na głowę wchodzić, więc oni nam wchodzą. Efektem może być wydzielenie getta, izolacja słabszej grupy lub jej ucieczka (to się powoli dzieje, bo zmęczeni dobrą zmianą ludzie emigrują). W trzecim układzie – układzie wzajemności raz jedna strona drugiej wchodzi na głowę, raz druga pierwszej. Taki układ jest najbezpieczniejszy, równoważy frustracje. Powstaje w wyniku rozsądku i świadomości, że każda z grup ma drugiej coś do zaoferowania. Jak widać, nasza bierna i grzeczna postawa działa na naszą niekorzyść. I nie tylko to.

„Kłamstwo powtórzone tysiąc razy staje się prawdą”.

Tak mawiał Goebbels. Osoby wykorzystujące do swoich celów grupę rzekomych patriotów doskonale znają jego maksymę i ochoczo wprowadzają ją w życie. Rzucają kłamstwem, powtarzają je w kółko, dzięki czemu kłamstwo to wchodzi w świadomość i w niej pozostaje. Opozycja ma ten problem, że powtarzanie prawdy w kółko jak mantry uważamy za coś idiotycznego, absurdalnego. Wychodzimy z założenia, że prawda się sama obroni. Przecież każdy wie, jak jest naprawdę. Przecież nikt nie uwierzy w te brednie. Przecież nikt nie jest taki głupi… No nie do końca. Prawda sama się nie obroni. W końcu w nawale kłamstw stanie się marginesem i nikt o niej pamiętał nie będzie. Już dziś, choć akcja zakłamywania historii trwa krótko, widać, jak łatwo wykreować i wydobyć na piedestały nowych bohaterów, a wcześniejszych wepchnąć w sarkofagach do ciemnych piwnic. To samo z faktami. Nie ma miejsca na dwie równoważne wersje wydarzeń. Któraś wersja – i zapewne ta powtarzana tysiąc razy – będzie górą. A prawda… Jaka prawda?
Czujemy się jak idioci, powtarzając oczywistości. Czujemy bunt, gdy musimy udowadniać, że nie jesteśmy wielbłądami.

Niestety, wyszło jak wyszło, nasza siła jest naszą słabością. To że mamy skrupuły, to że myślimy krytycznie zamiast działać automatycznie, to że nie potrafimy maszerować w równym rządku w wyprasowanych uniformach, bo jesteśmy różnorodni, różnokolorowi i zbuntowani – to są nasze zalety. Ale są naszą słabością, która powoduje, że nie potrafimy się skonsolidować w walce o prawdę. Kultura miast słomy wystaje nam z butów, więc nie potrafimy bez żenady wznosić obleśnych okrzyków w stylu „A na drzewach zamiast liści…”, wielu z nas takie słowa stanęłyby w gardle. Ale działają na emocje i jednoczą przeciwko drugiej grupie. Nie chcemy zniżać się do poziomu przepychanek RzP, więc ustępujemy im pola i schodzimy z drogi. Zapewne słusznie. Ale nie możemy pozwolić, żeby zakrzyczeli nas kłamstwami. Musimy zjednoczyć się wokół ideologii prawdy, uprawiać jej kult. Prawda powtarzana tysiąc razy wciąż będzie prawdą. Nie bójmy się więc jej powtarzać.




Photo credit: Nick Kenrick. via Foter.com / CC BY-NC-SA

Written by Elżbieta Haque

Elżbieta Haque

Elżbieta Haque – kobieta diabłem podszyta, sarkastyczna jędza o czarnym sercu. To wersja oficjalna. Nieoficjalnie ryczy na komediach romantycznych. W obydwu wersjach pasjonatka życiowych absurdów. Żyje, kocha, wychowuje, pisze, słucha, obserwuje. Ateistka i feministka. Buntowniczka, zwolenniczka krytycznego myślenia, pasjonatka dyskusji.