Małymi krokami do celu

droga1
     Rozmyślając o trudnościach w realizacji noworocznych postanowień, doszłam do wniosku, że zmywarka zabrała mi taką dobrą okazję do planowania tekstów. Świetnie się duma przy garach. Tak dobrze mi się rozmyślało, że aż musiałam przerwać zmywanie, żeby zrobić notatki.

     O noworocznych postanowieniach i problemach z ich realizacją pisałam dawno temu. Już w tamtym wpisie doszłam do wniosku, że mimo wszystko postanowienia są dobre, w sensie, zwykle postanawiamy coś, co ma być dla nas pozytywne. Warto coś zrobić, żeby zwiększyć swoją szansę na powodzenie. Jeśli Ciebie również, podobnie jak mnie, przerasta realizacja postanowień, być może ten tekst będzie dla Ciebie pomocny.

     Generalnie, teoretycznie, żeby coś osiągnąć, potrzeba nam motywacji. Motywacja bywa wewnętrzna lub zewnętrzna. Te najbardziej podstawowe motywacje są wewnętrzne właśnie. Organizm wysyła nam sygnał, że ma jakąś potrzebę i żąda jej realizacji. Głód, pragnienie, popęd seksualny, chłód, gorąco, niewygoda. Wiadomo. Ale nie jesteśmy obojętni na bodźce zewnętrzne. Jesteśmy w stanie zignorować uczucie głodu, gdy dorwaliśmy nową gierkę i chcemy się nią nacieszyć. Albo nażremy się smakołyków, mimo że organizm mówi dość. Te zewnętrzne podniety bywają silniejsze niż wewnętrzne sygnały.

     Każdy z nas jest inny i każdy z nas inaczej reaguje na bodźce wewnętrzne i zewnętrzne. Bardzo często to, czy dobrniemy do obranego celu, zależy od tego, jakie mamy priorytety – na poziomie instynktownym, a nie świadomym. Bo świadomości nie można przeceniać. Gdyby świadomość była kluczem, nie mielibyśmy problemów w realizacji planów. Planujesz, że od dziś ćwiczysz dzień w dzień i na poziomie świadomym nie ma problemu, no przecież masz postanowienie, wiesz co robić. Ale zaraz okaże się, że Ci się nie chce. To znaczy może nie masz żadnego wewnętrznego impulsu, a te zewnętrzne (np. wizja nagrody) nie jarają Cię aż tak, by Cię zmotywować.

     Może być też tak, że te wielkie cele Cię przerażają i odstraszają. Boisz się wielkiej rewolucji w diecie. Boisz się zrezygnować z czegoś, co sprawia Ci przyjemność, a jednocześnie Ci szkodzi (nałogi, używki). Boisz się zaplanować coś, bo z tyłu głowy masz lęk przed porażką. Boisz się wysiłku, boisz się zmian. Ja mam zaś tak, że z wprowadzeniem zmian nie mam problemu, mam za to duży problem z kontynuacją realizacji planu. Dążę sobie spokojnie do celu, aż nagle bach! poddaję się, zarzucam dietę, olewam ćwiczenia, systematyczność pisania, tak jakbym sama siebie sabotowała. Jakbym wolała poddać się dziś, niż doznać porażki kiedyś w przyszłości. Nie wiem. W każdym razie wyznaczanie sobie odległego lub ogólnego celu nie ma dla mnie żadnego sensu. Żadne “schudnę tyle i tyle”. To nie zadziała.

     Musiałam to jakoś ominąć, olać cel końcowy i skupić się na środkach, narzędziach, które pośredniczą w osiągnięciu tego, co chcę. Polecam, może to być pomocne.

Przeanalizuj, co robisz źle.

Np. moje kwestie zdrowotne (odchudzanie) i blogowe:
- piję niezdrowo,
- jem niezdrowo,
- za mało się ruszam,
- za rzadko aktualizuję bloga,
- zbyt dużo tematów porzucam.

Wyznacz sobie zadania, zmień nawyki.

     Nie zadziałałoby, gdybym postanowiła sobie “schudnij” i “zadbaj o bloga”, więc postanowiłam po prostu to olać. Nie drogę, tylko metę. Wszyscy radzą, by wyznaczyć sobie cel i wyraźnie go dookreślić. Ja musiałam zrobić zupełnie inaczej.

Woda
     Piję jej zbyt mało. Zapominam. Staram się więc wyrobić sobie nawyk picia wody. Nalewam pół szklanki czyli ilość, którą mogę wychylić za jednym razem. Gdy wypiję, od razu nalewam nową porcję, żeby woda w szklance przypominała mi o sobie. Zaznaczam w podręcznym kalendarzyku, jak więzień na ścianie celi, ilość wypitych połówek. Dzięki temu mam przed oczami faktyczną ilość wypitej wody i mam świadomość, ile jeszcze muszę jej wypić. W pracy jest mi łatwiej. W domu wciąż lipa.

Cola
     Piję jej za dużo. Lubię ją, no i wiadomo, że uzależnia. Nie odmawiam jej sobie, bo efekt pewnie byłby katastrofalny. Zamiast chlać ją przy każdej okazji, wyznaczam sobie ilość i staram się tej ilości trzymać. Puszka w pracy, szklaneczka w domu. Smakuje wyjątkowo. A za każdym razem, kiedy chce mi się więcej, wyobrażam sobie, że robię sobie herbatę i słodzę cukiernicą cukru.

Słodycze
     Jem ich za dużo. Lubię słodkie. Mam okresy, gdy jem ich więcej (np. podczas PMS’a) i czuję wtedy wręcz fizyczny głód, więc z pewnością jest to uzależnienie. Jak powszechnie wiadomo wszelkie sklepowe batony, ciasteczka, czekoladki zawierają, prócz upragnionego cukru, ogromne ilości chemii – barwniki, aromaty, polepszacze smaku, sól. Postanowiłam więcej piec i przygotowywać słodkości samodzielnie. Mogę wtedy decydować o zawartości przekąski i unikać zbędnych dodatków. W wersji idealnej będę jeść tylko te słodycze, które sama przygotuję, co oznacza, że będę jeść je rzadziej, bo jestem leniwa i nie będzie mi się chciało co chwilę piec.

Pieczywo
     Staram się unikać pszenicy, dlatego postanowiłam, że będę piec żytni chleb. W sklepach pełno jest pieczywa “żytniego”, które w składzie ma jednak sporo pszenicy. Wypada więc wziąć sprawy we własne ręce. Własny chleb smakuje wyjątkowo i jest wyjątkowo odżywczy.

Ruch
     Wiem, ruszam się zbyt mało. Zdarzają mi się zrywy, ale przecież chodzi o regularność. Na początek kupiłam piłkę, na której mogę aktywnie siedzieć. Niniejszy tekst pisze się z piłką pod dupą i to, że cały czas się ruszam nawet specjalnie mnie nie rozprasza.
     Chcę też wprowadzić zasadę 15 minut wieczornego sprzątania. Dotychczas wolałam zostawić sobie na później, na jutro, na innym razem. A to takie łatwe 2in1. Trochę ruchu przy okazji ogarniania. Może trzeba pozbierać pierdoły z mieszkania, może odkurzyć, może włożyć gary do zmywary, może uporządkować przeglądane w ciągu dnia gazety i książki.

Częstotliwość tekstów na blogu
     Postanowiłam pisać teksty analogowo. Załatwia mi to i sprawę częstotliwości, i porzucania tematów. Mój problem polega na tym, że jak za długo z tekstem zwlekam, to temat po czasie wydaje mi się już nieaktualny, nie budzi już we mnie emocji, więc nie chce mi się go opisywać. Napisanie odwleka się w czasie, bo trzeba przecież usiąść do komputera. W związku z czym również rzadko pojawia się coś na blogu. Ale obecnie piszę głównie ręcznie, chyba że mam po prostu czas tu i teraz zasiąść do komputera. W przeciwnym razie piszę, choćby bardzo szkicowo, dzięki czemu temat uważam za opracowany, jeszcze w trakcie emocjonalnego zrywu, nie muszę go ruszać na sucho. Przepisanie go na komputer to już kwestia kilku minut. Wystarczy dopracować i już. Tak jest dużo łatwiej.

     Nie muszę mieć przed oczami celu, bo te drobne kroki i tak mnie do niego przybliżają. Gdy już wejdzie mi w nawyk częste picie wody, rzadkie picie coli i inne takie tam, będę mogła wziąć się za kolejne, może większe i bardziej znaczące kroki na tej właściwej drodze. Często wcale nie potrzebujemy w życiu rewolucji, żeby coś poprawić. Czasem wystarczy mały szczegół, który sam w sobie zrobi nam dobrze, a może nawet, w bonusie, pociągnie za sobą dalsze zmiany.



Elżbieta Haque



Photo credit: Drriss & Marrionn / Foter / CC BY-NC-SA

Written by Elżbieta Haque

Elżbieta Haque

Elżbieta Haque – kobieta diabłem podszyta, sarkastyczna jędza o czarnym sercu. To wersja oficjalna. Nieoficjalnie ryczy na komediach romantycznych. W obydwu wersjach pasjonatka życiowych absurdów. Żyje, kocha, wychowuje, pisze, słucha, obserwuje. Ateistka i feministka. Buntowniczka, zwolenniczka krytycznego myślenia, pasjonatka dyskusji.