Jestem kimś, kim nie jestem

maska

     Nie ma na tym ziemskim padole ani jednej osoby, która znałaby mnie na wylot, jak łysego konia. Owszem, są osoby, które mniej więcej wiedzą, czego można się po mnie spodziewać, a czego chyba…, raczej…, może nie. Ale niewiele ponad to. Jako dziecko byłam strasznie rozdarta. Gdybym była swoją matką, ześwirowałabym prędziutko. Ryczałam, bo ocenę nie taką dostałam z rysunku. Ryczałam, bo w szeregu równań matematycznych popełniłam błąd. Ryczałam, gdy ktoś zwrócił mi uwagę i gdy mi nie zwrócił. A gdy miałam się odezwać do obcego człowieka (np. zapytać o drogę), dostawałam ataku duszności. Przed apelami szkolnymi, na których przyszło mi występować (czyli w sumie na każdym, bo byłam prymuską), lądowałam u pielęgniarki z bólem brzucha, lub z powodu zasłabnięcia. Myślicie, że fajnie było być mną? Niefajnie.

     Gdy już byłam jako tako świadoma siebie, w okresie dojrzewania i buntu, zaczęłam kreować siebie na kogoś innego. Na kogoś, kim było łatwiej być, praktyczniej i przyjemniej. Byłam na tyle skuteczna, że gdy po maturze wylądowałam z grupą osób pierwszy raz w obcym mieście, to właśnie mnie wytypowano jako tę, która znajdzie drogę do celu, w razie czego zapyta przechodniów, jak trafić, bo przecież taka byłam zaradna i śmiała. Tjaaa. Każdy taki krok kosztował mnie wiele energii i oznaczał walkę ze sobą.

     Podejmowałam tę walkę, bo tkwiły we mnie dwie sprzeczności. Osoba bardzo nieśmiała, niepewna siebie, histeryczna, przewrażliwiona i cicha oraz ta druga – ciekawa świata, ludzi, otwarta i nawet dowcipna. Pewnego dnia podjęłam decyzję, że ta pierwsza ma zniknąć. Spaliłam żywym ogniem pamiętnik, do którego wyrzygiwałam wszelkie smuty, który zawierał przejawy bycia tamtą mną. Nadałam sobie nowe imię i miałam już nie wracać do tego zahukanego dziecka. Moment był symboliczny, ale w gruncie rzeczy to był jakiś proces, który na dobrą sprawę nie skończy się nigdy.

     Nie piszę tego wszystkiego, żeby Wam się zwierzyć. Piszę, żeby stwierdzić fakt, że ja też to robię. Jestem kimś, kim nie jestem.

     Udawanie, kreowanie się jest jednoznacznie potępiane, zrównywane z zamierzoną nieszczerością (pewnie słusznie) i wytykane palcami. Udawanie, ściemnianie, oszukiwanie, lansowanie się. Wszystkie te wyrażenia mają pejoratywne znaczenie. Jak to nazwać ładnie i poetycko, żeby miało pozytywny wydźwięk? Kreowanie, tworzenie – to coś pożądanego, docenianego, oklaskiwanego. Chyba że dodać do tego “się”, wtedy należy to potępić, uznać za niewłaściwe, niegodne, omijać szerokim łukiem.

     OK, tylko kto się nie kreuje? Napomknęłam o tym w poprzednim tekście. Każdy się kreuje w jakimś stopniu. Jedni robią to umiejętnie, inni raczej słabo. Ale robi to każdy. Jeśli w domu puszczasz bąki, a na ulicy nie, to znaczy, że kreujesz się na kogoś, kto nie puszcza bąków? Jeśli w domu drzesz japę, a na ulicy nie, to znaczy, że kreujesz się na kogoś spokojnego i cichego? Tak? Nie? Nie wiem? Gdzie jest granica i któż jest aż tak próżny, by wskazywać, co jest kreacją dozwoloną, a co nie jest? Jeśli ktoś chce uchodzić za kulturalnego osobnika, to mu wolno, a jeśli ja chce uchodzić za przebojową, to już przestępstwo przeciwko przejrzystości i szczerości? Jeśli sobie przyklejam ksywkę, to jest jeszcze w miarę, ale gdybym przedstawiała się samym pseudonimem, na przykład Elmirka Hugs, to już by było oszustwo? (Spoko, Bolku Prusie, nie trzeba się jeszcze w grobie przewracać, ja tu tylko tak sobie rzucam argumentami).

     Jeśli ktoś ma coś przeciwko temu, że udaję, tworzę swój wizerunek, kreuję się, odpowiem słowami często wypowiadanymi przez mojego idola: I DON’T GIVE A SHIT. Jestem w świetnym towarzystwie. On miał ten sam problem. Nieśmiały, zakompleksiony chłopak zbudował osobę, którą poznały miliony. Roger powiedział potem, że Freddie stworzył postać, w której zamieszkiwał. Wszystkim tym, którzy mają coś przeciwko, dedykuję piosenkę The Platters, którą zaadaptował Fred.

     A gdy znudzi mi się Xez, wymyślę nową siebie. Dam znać, żebyście nie dali się głupio oszukać.




Elżbieta Haque

Written by Elżbieta Haque

Elżbieta Haque

Elżbieta Haque – kobieta diabłem podszyta, sarkastyczna jędza o czarnym sercu. To wersja oficjalna. Nieoficjalnie ryczy na komediach romantycznych. W obydwu wersjach pasjonatka życiowych absurdów. Żyje, kocha, wychowuje, pisze, słucha, obserwuje. Ateistka i feministka. Buntowniczka, zwolenniczka krytycznego myślenia, pasjonatka dyskusji.