Homofobia – śmiertelny wirus przekazywany drogą kropelkową

pedal

Z homofobami jest jak z zombie – oni chorują a cierpią i umierają ich ofiary. Zakażeni homofobią i zombizmem nie mają mózgów, serc, walą na oślep i śmierdzą padliną.

Zmarł Dominik, 14-latek z Bieżunia. Popełnił samobójstwo. Zaszczuty, zgnębiony, prześladowany, obrzucany wyzwiskami i kamieniami, czuł się jak zero, nie chciał dłużej żyć. Nazywano go czule pedziem, bo nosił rurki i starannie wyczesaną grzywkę. Jak patrzę na dzisiejszą młodzież, ciśnie mi się wniosek, że połowa tego towarzystwa nosi rurki i grzywki a’la wczesny Justin Bieber. Dominik pewnie dodatkowo był delikatny, wrażliwy, miły – wprost idealny na ofiarę.

Oburza mnie to, co go spotkało, ale oczywiście zdaję sobie sprawę z tego, że nie jego jednego, nie pierwszego i nie ostatniego. Przyznam szczerze, że dopiero to, co wydarzyło się po jego śmierci, wprawiło mnie w osłupienie. Fala bezmózgich, śmierdzących szambem gówniarzy przetoczyła się przez internet, pozostawiając po sobie plugawe komentarze, z których biła radość, że “zdechł pedałek” i pogarda dla niego. Powstały memy. Ludzie prześcigali się w tworzeniu na Facebooku fanpejdży, na których kolejni zwyrodnialcy mogliby rzucać gównem w nieżyjącego już chłopca. To przerażające.

Przerażający jest brak refleksji w tych ludziach, brak jakichś resztek przyzwoitości, szczątków empatii. Najpierw zaszczuli go i doprowadzili do jego śmierci, by potem skakać nad jego ledwie ostygłymi wirtualnymi zwłokami i z dziką radością pluć na nie i kontynuować proceder. W takiej chwili odczuwam pewną ulgę, że wbrew obiegowej opinii nasze dusze nie unoszą się niczym obłoczki nad ziemią i zmarły nie obserwuje z góry, co się po jego odejściu wyprawia. Tylko matki żal.

A skoro jesteśmy już przy dorosłych… Ja wiem, że są rodzice, którzy byliby dumni z takich dzieci, które bez mrugnięcia okiem pastwią się nad innymi, doprowadzając ofiary na skraj wytrzymałości. Ale pewnie są i tacy, którzy nie mają bladego pojęcia, że chowają pod swoim dachem takie gówno, które innym życie zatruwa. Albo mają pojęcie, ale nic z tym nie robią. To przez takich rodziców cudze dzieci popełniają samobójstwa. A także przez nieudolnych pedagogów. Jak również przez mowę nienawiści zalewającą media. Przez sensacyjne wypowiedzi kleru i radykalnych polityków. Przez wszystkich biernych obserwatorów.

Za to wszystko płacą niewinne ofiary wirusa – w tym przypadku homofobii. Wirus z gamy wirusów nienawiści i pogardy, który zatruwa mózg zarażonego aż do całkowitego zaniku tego organu.

TO zaczyna się już w przedszkolu. Tam zdarzają się dzieci, które szczycą się lepszą zabawką i dają do zrozumienia innym, że są lepsze przez wzgląd na posiadanie tejże zabawki. Tę postawę wynoszą z domu, od mamusi i tatusia. Gorzej jest w podstawówce, bo w środowisku starszaków jest większe pole do popisu. Dzieci, obserwując dorosłych i ich zachowania, dowiadują się, że można nabijać się z kogoś, kto jest gruby, komu odstają uszy, kto ma inny kolor skóry, jest na coś chory, ma jakąś deformację, ma nietypową fryzurę, oryginalne imię, nazwisko, pochodzenie, nosi stare buty, niemodną bluzę. Od katechetki dowiedzą się, że dzieci, które nie chodzą na religię, mają w sobie szatana i są niebezpieczne. W gimnazjum młodzież staje się jeszcze bardziej wnikliwym obserwatorem. Te dzieciaki wiedzą już, dzięki mediom przesiąkniętym genem nienawiści, dzięki rodzicom, starszym kolegom, czym charakteryzuje się pedzio, jak rozpoznać lesbę. Wykorzystają każdą okazję, żeby komuś dowalić.

Rówieśnicy nie reagują, bo nie chcą być następni w kolejce, boją się, albo chcą się trzymać blisko oprawców. Dorośli nie reagują, bo “takie są dzieci, przejdzie im”. Dla nauczycieli jest ważne, żeby mordy na kłódkę trzymały na lekcjach, a często sami boją się uczniów. Dyrektorzy budzą się dopiero, jak wydarzy się jakaś tragedia i zaczną o niej trąbić w tv i prasie, bo wtedy wstyd na całą wieś.

Problem nie zaczyna się wtedy, kiedy jakiś Dominik wiesza się na sznurówkach. Ani wtedy się nie kończy, jak widać. On istnieje. Znakomita większość rodziców ma w dupie, jak ich dzieci odnoszą się do rówieśników, analizują tylko wyniki w nauce, a na resztę mają wywalone. Pamiętaj rodzicu, dziś twoje dziecko pluje na inne, jutro to twoje dziecko zostanie oplute, bo trafi na silniejszego. Dziś twoje dziecko wiąże sznurówki na szyi kolegi, jutro samo może zawisnąć u sufitu. Ten kij ma dwa końce.

Jakiś miesiąc temu ja i mój mąż przeprowadziliśmy z naszymi synami rozmowę dotyczącą przemocy w środowisku szkolnym. Nie była to pierwsza tego typu rozmowa. Nie była też ostatnia. Chłopcy mają 8 i 10 lat. Nie raz zetknęli się z wyśmiewaniem, przezywaniem. Wytłumaczyliśmy im, więc wiedzą, czym jest przemoc psychiczna, bo fizycznej tłumaczyć nie trzeba. Wiedzą, na co zwracać uwagę. Wiedzą, co robić, gdy ich to spotyka, wiedzą, że należy reagować, gdy spotyka to innych, wiedzą, jak reagować. Wiedzą, jak czuje się ktoś, kogo to spotyka i kto nie ma żadnego wsparcia. Wiedzą też, że nie zostaną bezkarni, gdy sami będą brać udział w wyśmiewaniu kogoś, wiedzą, że nie mamy tolerancji dla takich zachowań.

Rodzice w Polsce (nie wiem, jak gdzieś) skupiają się na odchowaniu dzieci do etapu przedszkola. Nawet książki czytają, poradniki, żeby wiedzieć, kiedy dziecko raczkuje, jak prawidłowo ma siadać, chwytać, ssać, kiedy ma mówić “mama”, kiedy może mówić “dupa” i dlaczego, jaki niekapek jest spoko, jakie zupki plamią ubranka i czym to sprać, jaki kształt mają mieć stópki dziecka, w jakiej odległości kolanka, jaki sprzęt jest dla dziecka dobry, jakie kolory rozwijają. Dziecko rośnie, niby doświadczenie rodziców też, tylko – niestety – pozostają oni na etapie kupy w pieluchę. Rodzice uczniów podstawówki już nie czytają poradników, nie szukają wiedzy, nie radzą się, jak wychować dziecko. Dlaczego? Wszak zupki, smoczki i śliniaczki to bułka z masłem i banał w porównaniu do wychowywania człowieka. Wychowywanie jest trudne! A rodzice są niekompetentni. Obojętni. Ospali. Wycofani.

Moja rada. Nie oczekuj, że ktoś wychowa dobrze swoje dzieci. Wymagaj od siebie. Wychowaj swoje dziecko na silnego człowieka, pewnego siebie, znającego swoją wartość. Niech będzie takim dzieckiem, którego nie złamie byle wietrzyk.



Elżbieta Haque

Written by Elżbieta Haque

Elżbieta Haque

Elżbieta Haque – kobieta diabłem podszyta, sarkastyczna jędza o czarnym sercu. To wersja oficjalna. Nieoficjalnie ryczy na komediach romantycznych. W obydwu wersjach pasjonatka życiowych absurdów. Żyje, kocha, wychowuje, pisze, słucha, obserwuje. Ateistka i feministka. Buntowniczka, zwolenniczka krytycznego myślenia, pasjonatka dyskusji.