Foch na monogamię – kobieta poliamoryczna

kobieta
     Kolega zapytał mnie kiedyś, jaki jest mój typ mężczyzny. Zapytałam: „Ale do czego?” Zapewne oczekiwał prostej wyliczanki cech, typu: romantyczny, z poczuciem humoru, blondyn z dużym… bicepsem. A ja, durna lala, pytam, do czego.

     Mężczyźni nazywają siebie prostymi urządzeniami, na każdym kroku podpierając się tym, że są wzrokowcami. Kobiety są bardziej wymagające i dramatycznie wręcz skomplikowane. Mężczyzn potrzebujemy do różnych celów. Kogo innego chcemy kochać, kogo innego przytulać, komu innemu się oddawać, z kimś innym prowadzić wielogodzinne, inteligentne rozmowy. Wyrachowanie? Nie. Nie jest to nasza wina. To natura, którą i mężczyźni ochoczo się zasłaniają. Bo stworzyła ich po to, by rozsiewali geny, czyli rozdawali swe plemniki na prawo i lewo.

     W okresie rozrodczego szczytu szukamy panów hojnie obdarzonych… dobrymi genami, którzy dadzą nam silne i zdrowe potomstwo. Nie muszą być szczególnie interesujący, nie muszą fascynować. Ten typ często słabo nadaje się na ojców rodziny, bo zbyt chętnie sieje, niczym ta baba mak i mają za wysoki poziom testosteronu, co miłe nie jest. I tutaj pojawia się pierwszy rozdźwięk między kulturą a naturą. Kultura preferuje długie, monogamiczne związki, aż po grób, natomiast natura wolałaby widzieć u naszego boku inny egzemplarz. Ojca rodziny. Mentora dającego poczucie bezpieczeństwa, stabilizacji. Może być nudny. Musi mieć łeb na karku i stalowy kręgosłup moralny. Nie kombinować za wiele, być i wychowywać.

     Nic więc dziwnego, że wiele związków wtedy się rozłazi, że ukochany mężczyzna nagle przestaje spełniać oczekiwania kobiety, jakiś jest… nie taki. Każde ciągnie w swoją stronę, bo nagle mają inne priorytety, inne potrzeby, inne wizje codzienności. On jeszcze w krótkich spodenkach, ona z dzieckiem na pierwszym planie. W idealnym świecie on poszedłby dalej zapładniać, a ona uwiłaby gniazdo ze statecznym, spokojnym człowiekiem. I żyłaby z nim długo i szczęśliwie. Kilka lat.

     Bo gdy mężczyzna jest stabilny, przewidywalny i ułożony i takie też jest z nim życie, po latach bezpiecznej przystani zachciewa nam się odmiany. Przydałby się facet (oops!) z tym testosteronem, cośmy go nie chciały, który będzie namiętny, romantyczny, będzie traktował nas jak królowe i bzykał jak dziwki. Znów chciałybyśmy się bawić, chciałybyśmy być zaskakiwane, zaznać odrobinę szaleństwa.

     Zupełnie obok potrzeb na życie są też inne, estetyczne. Na panów wymuskanych, wydepilowanych od stóp do głów, wyżelowanych chętnie patrzymy, podziwiamy, jak dopracowane dzieło sztuki, ale próżny typ nie zda się na więcej. Gdy mężczyzna metroseksulny stał się modny, kobiety rzuciły się na przedstawicieli tego gatunku, a potem zatęskniły za Brudnym Harry’m. Nie zorientowały się, że metroseksualni są po to, by na nich patrzeć, nie zaś po to, by z nimi żyć.

     Podobnie jest z podniecająco niebezpiecznymi, niegrzecznymi chłopcami. Dwudniowy zarost, bezczelne, złe spojrzenie. Urywa się nocą, w dzień nieobecny duchem. Najlepiej przystojny, jak wycięty z reklamy jeansów, jak młody Brad Pitt z „Thelmy i Louise”, z kosmykiem na czole. Przypiera ją do ściany biodrami, szepce do ucha, kąsa w szyję, zdziera jej majtki i bierze na sianie. Jest bezczelny. A na widok jego uśmiechu pierzchają dzieci. Pachnie potem i wolnością. On jest od tego, by szeptał i przypierał, żyć się z takim nie da.

     Na ogół kobiety nie mają aż tak dobrze, by poszczególne etapy życia układać sobie z odpowiednimi do tego mężczyznami. Cóż nam więc pozostaje? Marzymy o namiętnym i romantycznym kochanku, zasypiając obok męża rozsądnego do granic. Czekamy aż rozwydrzony szczeniak, który z naszego wyboru stał się ojcem naszych dzieci, zacznie wreszcie dorastać i przypominać statecznego jegomościa. W międzyczasie oglądamy się za mijanymi na ulicy niegrzecznymi chłopcami. I zerkamy na roznegliżowanych mięśniaków z reklam slipek. Wciąż tęsknimy, wiąż nam czegoś brak, wciąż nienasycone.



Photo credit: Özgün ERDEM / Foter / CC BY-NC-SA

Written by Elżbieta Haque

Elżbieta Haque

Elżbieta Haque – kobieta diabłem podszyta, sarkastyczna jędza o czarnym sercu. To wersja oficjalna. Nieoficjalnie ryczy na komediach romantycznych. W obydwu wersjach pasjonatka życiowych absurdów. Żyje, kocha, wychowuje, pisze, słucha, obserwuje. Ateistka i feministka. Buntowniczka, zwolenniczka krytycznego myślenia, pasjonatka dyskusji.