Feministki walczą o to by kobieta mogła mieć cycki i jaja

jessica-payge-daye
     Niezła teoria, co?

     Soł, feministki walczą o prawa kobiet? Nie. Nie walczą o prawa kobiet. Nie można walczyć o prawa dla grupy, która formalnie jest, ale jej nie ma. Niby wszystkie mamy cipki, ale jakoś każdej chodzi o coś innego. Zatem każda kobieta powinna mieć swoją osobistą feministkę, która walczyłaby o jej prawa. Wtedy wszystkie kobiety byłyby szczęśliwe.

     Ongiś kobiety płakały, że nie ma miejsca w żłobkach i nie mogą się realizować zawodowo. Wtedy Tusku stuknął obcasami i wyczarował roczny urlop rodzicielski, który biorą głównie rodzice z cipkami. Gdy przyjrzeć się bliżej reakcjom kobiet na ten roczny urlop, można dojść do męskiego wniosku, że kobietom nie idzie dogodzić. Fakt, jest on prawem a nie obowiązkiem, ale ileż emocji z nim związanych…

Przeczytaj także:

Jak złapać faceta – instrukcja

     Ile kobiet, tyle potrzeb. Wiadomo nie od dziś, że problem ze sobą wzajemnie mają mamuśki – gospodynie domowe i mamuśki – karierowiczki. Nie wiedzieć czemu jedne jadą na drugie, a przecież i dla jednych i dla drugich jest miejsce na świecie. Jak przedstawiają swoje racje i wychwalają swój punkt widzenia, to tak, że ta druga strona obrywa pomyjami.

     Jakiś miesiąc temu w Wyborczej pojawił się artykuł napisany przez dwie etatowe panie dziennikarki. Lektura średniej jakości, ale warto rzucić okiem, bo opisują swoje emocje związane z tym rocznym urlopem, na który się zdecydowały. Możemy tam znaleźć takie sformułowania:

Jasne, może mój syn rozwijałby się równie dobrze, gdyby jako czteromiesięczniak wylądował w żłobku.

Wierzę, że ten rok spędzony z synem to dla niego najlepszy kapitał na przyszłość. – całkiem jak karmienie piersią, co?

Matką bowiem nie zostaje się przez chodzenie w ciąży i kilkugodzinny poród. Matką się staje. Każdego dnia jestem nią bardziej. – znaczy matka pracująca jest taką ćwierćmatką jakby?

Nie chciałybyśmy nauczki, jaką dostała amerykańska dziennikarka Mika Brzezinski, która jako początkująca matka pracowała tak ciężko, że pewnego dnia ze zmęczenia upuściła córkę na ziemię. – ciebie, ćwierćmatko, też może coś takiego spotkać, pamiętaj!

Teraz naprawdę doceniamy wysiłek wszystkich pracujących matek i je podziwiamy. Że dają radę, że nie wariują od wyrzutów sumienia, że potrafią przeskakiwać z jednej przestrzeni do drugiej. Na pewno da się być fajną matką i robić karierę. Ale jak dokładnie się to robi i jakie są tego koszty? – bo jak jesteś pracującą matką to masz obowiązek mieć wyrzuty sumienia i na bank cała twoja rodzina na tym cierpi. Wstydź się!

     No i na koniec jedna z dziennikarek wykazuje się skrajną naiwnością. Marudząc na to, że matki są dyskryminowane na rynku pracy, podrzuca taki analogiczny przykład:

Zapytam więc tak: a gdybym miała raka? – a bo to mało chorych na różne choroby ląduje każdego dnia na bruku, bo za dużo dni opuszczonych, bo wygląd jakiś nie taki? O święta naiwności!

     Tak czy owak, te panie podzielają zdanie feministek, że kobieta nie powinna się bać bycia matką i że strasznie niefajne jest to, że kobiety dyskryminowane są na rynku pracy z powodu ryzyka macierzyństwa. Reakcją na ten artykuł był tekst na blogu Boskiej Matki, w którym autorka napisała:

Każda linijka tego tekstu jest jak strzał w ryj a przy okazji gwóźdź do trumny feminizmu rozumianego jako lata starań o poszanowanie odmienności kobiet i walkę z ich dyskryminacją właśnie ze względu na tę odmienność.

     A zatem Boska Matka też lubi feministki. Ale tekst jej się nie podoba. Żeby było zabawniej, potem obydwa teksty skomentowała Kazimiera Szczuka, która też lubi feministki, bo jest jedną z nich i jakoś nie klaskała Boskiej Matce, broniącej prawdziwego feminizmu.

     Ale to właśnie ona poruszyła kwestię kluczową – tę odmienność kobiet. W męskim świecie, w świecie, w którym rządzi patriarchat, który został stworzony pod mężczyzn, kobiety domagają się rewolucji. U podstaw naszych naturalnych zachowań leżą praktyki ludzi pierwotnych, których życie nie podlegało dyskusji. Mężczyzna miał być silny, miał polować i przynosić papu. A grupa kobiet miała ogarniać w jaskini i niańczyć dzieci. To była pozycja startowa. I tak kobiety wywalczyły sobie monogamię, a przynajmniej w naszej kulturze. Domagają się jednak więcej – chcą mieć takie same prawa, szanse i w ogóle wszystko takie same jak mężczyźni. Chcą mieć i rybki i akwarium. I roczny macierzyński i poważanie u pracodawców. Chcą robić karierę i wychowywać dzieci. Chcą brać zwolnienia, gdy bejbi chore i awansować na kierownicze stanowiska. Chcą robić kariery polityczne, ale… w sumie to się boją i oglądają na mężczyzn, żeby ci im robili suwaki i parytety.

     I nie pojmują, czemu to nie działa. Nie działa i nie zadziała. Bo nie da się zrobić przewrotu i sprawić, żeby patriarchat oparty na biologicznych rolach płci stał się matriarchatem. Jasne, faceci mogą nagle hurtowo brać urlop rodzicielski, ale co z tego? To kobieta ma macicę i kobieta rodzi dzieci. Nie zrewolucjonizuje świata na tyle, by to mężczyzna wylądował na porodówce. Kobieta nigdy nie będzie na równi z mężczyzną w męskim świecie.

     Kobieta może natomiast kreować w tym świecie rzeczywistość równoległą. Kobieta może być przedsiębiorcą z prężnie działającym przedsiębiorstwem. Skoro jest równie dobra jak mężczyzna, nie powinno jej to sprawić kłopotu. Może stworzyć przedsiębiorstwo prokobiece, które zatrudniać będzie kobiety, młode matki zaraz po rocznym urlopie, albo takie jeszcze w ciąży. Może im w tym przedsiębiorstwie żłobek wystawić i dać do dyspozycji opiekunkę. Dlaczego nie? Kobiety przecież są świetnymi kierownikami, matki są fantastycznymi, obowiązkowymi pracownikami, a zatem takie kobiece przedsiębiorstwo to pestka, a będzie śmigać, aż będzie furczało.

     Mimo że trochę się nabijam, serio uważam, że kobieta nie powinna walczyć o zaszczytne miejsce w świecie męskich interesów, tylko tworzyć własne, alternatywne, pod siebie.

     Żeby nie było, mężczyźni też sami nie wiedzą czego chcą, a raczej chcą i rybkę i pipkę. Jeden z moich ex-pracodawców miał z tym ewidentny problem. Chciał zatrudniać młode laski i wymagał, by mu deklarowały, że w ciąże zachodzić nie będą. Zachodziły(śmy), a on i tak szukał kolejnych młodych dup na nasze miejsce, mimo że na nasze stanowiska chcieli przychodzić i mężczyźni i kobiety, które dzieci miały zdecydowanie odchowane. Cóż, pracodawcom też ciężko dogodzić.

     Tak, kobiety chcą mieć jaja – piąć się, robić kariery, mieć równe szanse i prawa, ale jednocześnie zachować cycki – przywileje, parytety, suwaki i roczny macierzyński, a najlepiej sześcioletni i potem od razu dziecko wstrzyknąć do szkoły. Sorry bardzo drogie panie, to se ne da, albo rybki, albo akwarium.




elzbieta-haque




Photo: Half-drag photo series by Leland Bobbé

Written by Elżbieta Haque

Elżbieta Haque

Elżbieta Haque – kobieta diabłem podszyta, sarkastyczna jędza o czarnym sercu. To wersja oficjalna. Nieoficjalnie ryczy na komediach romantycznych. W obydwu wersjach pasjonatka życiowych absurdów. Żyje, kocha, wychowuje, pisze, słucha, obserwuje. Ateistka i feministka. Buntowniczka, zwolenniczka krytycznego myślenia, pasjonatka dyskusji.