“Dziedzice krwi” Mateusza Sękowskiego czyli jak zacząć, by dobrze skończyć

Dziedzice krwi - Mateusz Sękowski
     Książka “Dziedzice krwi” dostała się w moje łapy za sprawą jej autora, Mateusza Sękowskiego, który łaskaw był podetknąć mi ją pod nos. Dziękuję mu za to serdecznie. Nie tylko dlatego, że to zacna lektura. Także dlatego, że mnie nią zawstydził. Ale od początku.

     Koło swojej książki chodzę jak wokół jeża. Mam już tytuł i nawet wiem, jak będzie wyglądać okładka. No i to by było tyle. Trochę żartuję z jej nieobecności, trochę odwlekam, trochę planuję, trochę się boję. Wiem, że napiszę, ale może jeszcze nie teraz. Niby dlaczego? Sama nie wiem.

     I oto odzywa się do mnie osiemnastolatek (jeśli dobrze liczę), który napisał książkę, mając lat 15, a wydał w ubiegłym roku. Żeby było śmieszniej, napisał ją na iPodzie. Raczej nie podchodził do niej jak do jeża, bo by jej pewnie jeszcze na świecie nie było. Jako pisarz ma status początkującego, debiutującego, ale i tak jest o krok przede mną. Siedmiomilowy krok. Wczesny start może tłumaczyć fakt, że Mateusz urodził się poza naszym skołtuniałym polskim zaściankiem. Zazdroszczę odwagi, startu i oby tak dalej.

Przeczytaj także:

Trudny język polski

     ”Dziedziców krwi” czytało mi się przyjemnie. Nie jestem wielką fanką fantasy. Poza Sapkowskim, Tolkienem, Pratchettem chyba nie zaczytywałam się zbytnio tym gatunkiem. Tym bardziej się cieszę, że książka mi się spodobała. To historia Aerdina Veske, który porzuciwszy swoje rodzinne strony wędruje w poszukiwaniu zemsty. Jest nieco złośliwym, zgorzkniałym ćwierćelfem, który dobrze macha mieczem i chętnie go dobywa. Do tego jest bardzo… ludzki. Ma wady i zalety, słabości i skłonności. Na swojej drodze spotyka różnych ludzi i nieludzi, jednych zabija, inni stają się jego kompanami, jeszcze innych prawie zabija a oni stają się jego kompanami. Wiecie, nic nie jest pewne pod gwiazdami. Postaci drugoplanowe nie są jedynie tłem dla przygód Aerdina. Są tak samo pełnowartościowymi bohaterami, jak on sam.

     Fabuła jest zbudowana i poprowadzona bardzo ciekawie, fachowo. Już od pierwszych stron porywa, nie trzeba czekać, aż coś się rozwinie, coś zacznie się dziać, bo dzieje się na dzień dobry. Aerdin ma cel, do którego dąży. W toku akcji następuje zwrot i nadal jest ciekawie. Akcja jest wartka, dzięki temu, że fabuła utkana jest gęsto przygodami, ciągle coś się dzieje. W związku z tym trudno się oderwać. Mateusz świetnie poradził sobie ze stylizowaniem języka. Kawał dobrej roboty. Zwłaszcza, że mówimy tu o książce pisanej przez nastolatka! Językowo wszystko trzyma się kupy, jest spójne i od początku do końca usiane odpowiednio wystylizowanymi kurwami.

     Książka nie jest idealna, ale niechaj mi ktoś powie, czy jest lepszy sposób na zlokalizowanie swoich słabych punktów, niż sprawdzenie tego w praktyce. Mateusz nie czekał na empiryczne zweryfikowanie tego do trzydziestki. Przy okazji ja wynotowałam pewne kwestie, których należy dopilnować, więc jestem (nieco) mądrzejsza. Właśnie to należy robić – uczyć się od tego młodego i niewątpliwie zdolnego człowieka. Mam nadzieję, że to początek porywającej kariery Mateusza Sękowskiego. Powodzenia!




elzbieta-haque

Written by Elżbieta Haque

Elżbieta Haque

Elżbieta Haque – kobieta diabłem podszyta, sarkastyczna jędza o czarnym sercu. To wersja oficjalna. Nieoficjalnie ryczy na komediach romantycznych. W obydwu wersjach pasjonatka życiowych absurdów. Żyje, kocha, wychowuje, pisze, słucha, obserwuje. Ateistka i feministka. Buntowniczka, zwolenniczka krytycznego myślenia, pasjonatka dyskusji.