Dziecka oswajanie ze śmiercią

śmierć     Zaglądając w spis treści na moim blogu i zliczając liczbę tekstów o śmierci, za chwilę będzie można postawić mi śmiałą diagnozę, że mam jakąś obsesję. Byłoby to jednak pudło, choć uzasadnione. I nie takie całkiem bardzo. Ewidentnie mam jakieś zaburzenie dotyczące śmierci i niniejszym postanowiłam się z niego wyspowiadać. Wam-tu.

     To co ja czuję do śmierci, można raczej nazwać fobią czy przynajmniej lękiem. Myślę o niej czule, ale bardzo wybiórczo. Pomijam bardzo skwapliwie pewne jej aspekty.

     Nie mam problemu ze zmarłymi, cmentarzami, duchami, filmami, w których umierają wszyscy główni bohaterowie. Bez zająknięcia opowiadam dzieciom o zmarłych bliskich, których pamiętają, nie pamiętają lub nawet nie poznali. O śmierci ich kumpeli – 70-letniej sąsiadki poinformowałam ich również, żeby nie wyglądali jej pod blokiem nadaremno.

     Wypieram natomiast wszelkie myśli o umieraniu najbliższych. Kiedy przyjdzie mi coś takiego do głowy, mam zjazd murowany, chore myśli, koszmarne sny i ryczę, mimo że nikt na ten moment na tamten świat się nie wybiera, przynajmniej nie ma takich planów, bo o kwestiach nieplanowanych oczywiście nie ma co dyskutować. Ja sama panicznie boję się starości i umierania. Nawet bardziej starości. Bez sensu w ogóle o tym myśleć teraz, kiedy przede mną drugie tyle życia a potem jeszcze trochę. Ale już dziś się boję powykręcanych reumatyzmem palców. A że wtedy nie będę mogła pisać, zacznę chyba nagrywać na YT, popuszczając mocz do _pieluchy dla dorosłych_.

     Kiedy ma się dzieci i chce się je wychować na zdrowych, skutecznych ludzi, nie można chować tematów pod kloszem z napisem TABU. Taki temat prędzej czy później się pojawia. Choćby wtedy, gdy widzą zdjęcie babci, którą pamiętają jak przez mgłę, albo idziemy na cmentarz odwiedzić groby. Wyśmiałabym samą siebie, gdybym z takim beznadziejnym podejściem próbowała oswajać dzieci ze śmiercią. Pewnie wyszłoby mi odwrotnie, zwłaszcza biorąc pod uwagę, że dzieci nie są obciążone całym tym szlamem, który zbieramy do swojego plecaczka i coraz ciężej toto ciągnąć. Tym ciężej, im więcej bliskich pożegnało się po drodze, zwłaszcza kolegów, rówieśników.

     Na szczęście nikogo oswajać nie muszę, bo jakby dzieci bardziej oswojone niż ja. Szczęście mam podwójne, bo jedno z moich dzieci oswaja mnie ze śmiercią, kiedy tylko przyjdzie mu na to ochota. A przychodzi mu raczej często, bo kaprysy ma dość wysublimowane, zwłaszcza jak na sześciolatka, a meandry myśli jego potrafią zjeżyć włos tu i ówdzie.

     Michał zaczynał pracę nade mną już ze dwa lub trzy lata temu, od prostych pytań, które, jak sądzę, miały mi uświadomić, że niepotrzebnie zapędzam się myślami w kierunku reumatyzmu w wykrzywionych palcach i tego youtuba. Pytał po prostu, kiedy się umiera, jak długo żyją ludzie i czy prababcia umarła dlatego, że była stara. Proste, prawda? Do ogarnięcia nawet dla mnie. Potem pytał, kiedy ja umrę. Całkiem na luziku pytał, jakby pytał, kiedy urosną mu włosy pod pachami. Poklepałam ja siebie po mentalnym ramieniu i rzuciłam nadspodziewanie swobodnie, że jeszcze kupę wspólnych lat przed nami i jeszcze będzie miał mnie dość. Przyjął tę oczywistość do wiadomości i powiedział czule, że jak już umrę to on będzie za mną tęsknił i będzie mnie kochał i tak, aż do końca świata. Minę musiałam mieć nielichą i oczy zaczęły mi się pocić. Na szczęście Michał szybko zainteresował się rozrodem mijanych na spacerze ślimaków. O seksie to ja mogę bez końca, więc mi ulżyło.

     Następnie, jakiś czas później, w zasadzie całkiem niedawno, syn przyszedł z sugestią, że mam umrzeć dopiero jak już będą z bratem duzi, bo jak fiknę wcześniej, to nie będzie miał kto się nimi opiekować. Trudno tej sugestii odmówić logicznych podstaw, zatem skwapliwie odrzekłam, że postaram się wytrwać. A że nie był zaniepokojony, to i go nie uspokoiłam. Następnym krokiem do oswajania mnie było poruszanie kwestii spadkowych. I tutaj ucieszyłam się nawet, bo okazało się, że dzieciom dom na tyle dobrze się kojarzy, że jako dorosłe, chciałyby tutaj mieszkać. Co z nami – rodzicami?? “Przecież w końcu umrzecie, no nie?” No tak, zapomniałabym… Dom jak dom. Ale tatuś ma jeszcze fajny telefon. Michał zapytał tatę, czy jak umrze, to będzie mógł sobie ten telefon wziąć. Tata niechętnie, ale potwierdził. “Nie mogę się doczekać!” – usłyszał w odpowiedzi.

     Do niedawna marzeniem Michała było zostać gwiazdą internetu. Ostatnio jednak zmieniły mu się priorytety. Ma chłopak rację, nie ma co marnować czasu na małe marzenia. Wszak jak spełni to aktualne, zdąży spełnić i to poprzednie. Pewnego dnia przysiadł się do mnie i powiedział: “Mam dwa marzenia.” Zainteresowałam się żywo, oderwałam od pracy (tudzież fejsa), by usłyszeć: “Chcę być wiecznie młody i niebieską ciężarówkę.” o.O

     Właśnie wtedy w zaskakującej główce Michała zatliła się myśl, że nie chce umierać. Niee, nie tak jak mamusia, że panika, łezki w kącikach oczu i fajdanie pod siebie ze strachu przed starością. Nie! To dziecko dziarsko oznajmiło, że życzy sobie być nieśmiertelne. Szuka już sposobów na nieśmiertelność. Po prostu nie umrze i już.



Elżbieta Haque
Follow my blog with Bloglovin

Written by Elżbieta Haque

Elżbieta Haque

Elżbieta Haque – kobieta diabłem podszyta, sarkastyczna jędza o czarnym sercu. To wersja oficjalna. Nieoficjalnie ryczy na komediach romantycznych. W obydwu wersjach pasjonatka życiowych absurdów. Żyje, kocha, wychowuje, pisze, słucha, obserwuje. Ateistka i feministka. Buntowniczka, zwolenniczka krytycznego myślenia, pasjonatka dyskusji.