Dlaczego religia w szkole to zły pomysł?

religie

Dzieciaki na wakacjach u babci, dzwonimy do siebie. Michał uciął rozmowę w pewnym momencie i rzecze: “Mamo, czy możemy wrócić do pewnego drażliwego tematu?” Już myślałam, że znów będzie coś o jakiejś grze, ale dla pewności “Jakiż to temat?” zapytałam. “Religia w szkole” – powiedział poważnie. Oho! W końcu i jemu się przelało, choć dzielnie i on, i Paweł znosili utrudnienia, o których kiedyś pisałam.

Dziś chciałam ująć temat szerzej, już pomijając te logistyczne aspekty. Odpowiem na pytanie, dlaczego religia w szkole to – według mnie – zły pomysł. Marzeniem moim przekonać nieprzekonanych. Tym bardziej, że lekcje religii w bardzo wielu przypadkach są szkodliwe nie tylko z punktu widzenia ateisty i jego potomstwa.

Nasze społeczeństwo, w tym również jego niereligijne części, najwyraźniej zaakceptowało tę najzupełniej niedorzeczną ideę, iż jest czymś zupełnie normalnym – a nawet słusznym – prowadzona od maleńkości indoktrynacja dzieci do wiary ich rodziców, podobnie jak zupełnie naturalne jest etykietowanie ich w ten sposób (mamy wszak “protestanckie” dzieci, “katolickie” dzieci, “żydowskie” dzieci czy “muzułmańskie” dzieci), choć nie ma przecież żadnej podobnej kategorii, której nadalibyśmy analogiczny status – nikt nie mówi wszak o liberalnych albo konserwatywnych dzieciach, ani o dzieciach-demokratach i dzieciach-republikanach. / Richard Dawkins

Oglądałam pewien reportaż. No może przesadzam, leciał w tle, gdy krzątałam się po domu. O religiach był i o bogu. Dokładnie tak – o religiach (w liczbie mnogiej) i bogu (w liczbie pojedynczej). Reportaż robił jakiś sceptyk, do którego od razu poczułam sympatię, dlatego nie przełączyłam. Potem okazało się, że pan sceptyk i przedstawiciele różnych religii są w stanie mówić jednym głosem. A mówili, że religie dzielą a bóg łączy. Mówili także, że “bóg jest miłością”, “bóg to synonim pokoju”, “religia nie ma znaczenia, liczy się bóg”, “bóg to samodoskonalenie”.

Dzieci na religii nie słyszą takich stwierdzeń. Nie uczą się o miłości, pokoju i autorefleksji. Uczą się natomiast nienawiści, konfliktu i oceniania innych.

Klasa Michała usłyszała na religii, że w dzieciach, które na religię nie chodzą, mieszka szatan i są złe. Zapytałam go, czy koledzy uwierzyli katechecie. Powiedział, że raczej nie, bo doszli do wniosku, że przecież jest całkiem miłym chłopakiem, więc nie może być zły ergo nie może w nim mieszkać szatan. OK, dzieciaki miały szansę skonfrontować tezę podaną na religii z rzeczywistością, ale gdyby nie znali nikogo, kto by na religię nie chodził, mogliby uwierzyć. A jeśli mimo wszystko któreś dziecko uwierzyło? Jeśli w jego sercu zostało zasiane ziarno nienawiści? Jakim będzie dorosłym, gdy to ziarno wykiełkuje, a roślina zapuści korzenie?

Dzieci na religii uczą się o gender (na temat którego duchowni i katecheci mają jakieś przedziwne teorie), o tym, że jak ktoś wygląda czy zachowuje się inaczej niż nakazuje stereotyp, to mieszka w nim szatan i będzie się smażył w piekle. Uczą się o in vitro. Dowiadują się, że dzieciaki poczęte tą metodą są produktem i wynikiem eksperymentu i aby się urodziły, ich bracia i siostry musieli umrzeć.

Jeśli całe twoje wychowanie, wszystko, co mówili ci rodzice, nauczyciele i księża, każe ci wierzyć, naprawdę wierzyć, całkowicie i bezgranicznie, że grzesznicy spłoną w piekle (albo w jakiś inny równie odpychający religijny przesąd, na przykład w to, że kobieta jest własnością męża), wówczas całkiem prawdopodobne, że czyjeś słowa skrzywdzą cię mocniej i na dłużej niż jego czyny. I dlatego uważam, że posługiwanie się określeniem “molestowanie” nie jest w żadnym przypadku nadużyciem i przesadą, kiedy opisujemy to, co nauczyciele i kapłani robią dzieciom, każąc im wierzyć na przykład, że karą za grzech główny niewyznany na spowiedzi jest wieczne potępienie i piekielne męki. / Richard Dawkins

Dzieci po lekcjach religii wiedzą doskonale, kto trafi do piekła. Trafią tam ci, co mają lewicowe poglądy, robią zakupy w niedzielę, bawią się jednorożcami, słuchają metalu, czytają Harrego Pottera, dają na Owsiaka, obchodzą Halloween, ćwiczą jogę, uprawiają seks lub mają nieczyste myśli, a przede wszystkim geje, lesbijki i ci wszyscy genderowcy, no i oczywiście rozwodnicy.

Dzieci dowiadują się na religii, czym jest grzech, jak bardzo jest straszny, jakie niesie za sobą konsekwencje. Uczy, że bóg jest gniewny i pamiętliwy, na domiar złego zna i widzi wszystkie nasze występki i myśli, za które może czekać dotkliwa kara. Nauka ta zakorzenia w dziecku strach, poczucie winy i uczy, kogo należy źle oceniać. Religia w szkole nie uczy natomiast miłości bliźniego, uniwersalnych, pozytywnych wartości, szacunku do innych INNYCH ludzi, pomagania, dobra. Nie uczy, gdzie szukać boga. Nie łączy. Dzieli. Nastawia negatywnie. Kształtuje postawy, które owocują szykanowaniem innych w oparciu o najbanalniejsze stereotypy.

Część z tego, czego dzieci uczą się na religii, to zwykłe bzdury wymyślone przez księży, by straszyć ludzi (dorośli się na to łapią, więc tym bardziej dzieci), część zaś to rzeczy, które nierozerwalnie związane są z chrześcijaństwem, ale niedostosowane do wieku i psychiki odbiorcy. Przedszkolak czy dzieciak w podstawówce nie powinien rozwijać się w poczuciu winy i strachu o swoje i rodziców życie po życiu. Nie powinien robić czegoś lub nie robić tego ze strachu przed ogniem piekielnym, tylko z przekonania. Ale przekonanie to za mało…

Dzieci na religii uczą się, że nie należy zadawać pytań. Nie chodzi przecież o to, żeby rozumieć, chodzi o to, żeby po prostu uwierzyć. Nie ma miejsca na własne przemyślenia, interpretacje, rozważania i wątpliwości, bo wtedy można by dojść do wniosku, że klecha ściemnia. Dzieci uczą się, że nie ma co dyskutować, że prawda jest jedna. A to nie jest dobre. Dziecko ukształtowane w ten sposób łatwo zmanipulować, podporządkować, stłamsić, oszukać. No i co z rozwojem, który stymulowany jest przez zadawanie pytań, poszukiwanie rozwiązań, gdybanie?

Nie indoktrynuj własnych dzieci. Naucz je myśleć samodzielnie, naucz je oceniać dowody i naucz je nie zgadzać się z tobą. / Richard Dawkins

To wszystko ma swoje przyczyny. I skutki oczywiście, o których na koniec. Przyczyną jest potrzeba (nazwę to po imieniu) indoktrynacji. Proszę się nie oburzać. Wszak nie mówię, że bóg tu kogoś indoktrynuje, a proszę pamiętać, że bóg jest tą wartością, o którą warto walczyć. Indoktrynuje kościół. Dlaczego? Polskie chrześcijaństwo jest mocno zinstytucjonalizowane. Nie odnosi się do boga, tylko do kościoła a konkretnie do duchownych i tego, co mają do powiedzenia. Sam bóg nie jest dochodowy, instytucja zaś tak. Dlatego kościół ludzi straszy, by tym strachem ich przy sobie trzymać.

Współczesnym przykładem indoktrynacji jest system oświaty w Koreańskiej Republice Ludowo-Demokratycznej, gdzie u dzieci w wieku kilku lat rozpoczyna się proces wychowywania ideologicznego, polegający m.in. na wprowadzaniu do placówek oświatowych przedmiotów typu “dzieciństwo wielkiego wodza”. / Wiki

Wszystko, co inne, jest złe – inne religie, ba! nawet wyznania tej samej religii, filozofie, poglądy, style życia. Należy się ich bać, wystrzegać, unikać. Bo za poznawanie ich grozi sroga kara. Bo poznawanie ich rodzi takie wartości jak miłość, pokój, rozwój i przybliża do szeroko pojętego boga… a oddala od instytucji, która przecież musi zarabiać.

Skutki? Jeśli ktoś od małego słyszy kocopoły o gender, piekle, karze, grzechu, nie dziwią go potem wywody duchowieństwa na temat bruzd i syndromie ocaleńca u dzieci z in vitro, nie bulwersuje, że episkopat chce ustalać prawo dla wszystkich ludzi, nie zniesmacza, gdy ludzie mieniący się katolikami mówią językiem nienawiści, dzielą ludzi na lepszych i gorszych.

W tym wszystkim zapomina się, że najważniejszy jest człowiek, a nie instytucja. Jaki by ten człowiek nie był. Czarny, różowy, seksualny, aseksualny, lewy, prawy, z probówki, z sypialni, z kuchennego stołu, metalowy czy soulowy, męski czy damski.

Przy okazji odsyłam do tekstu o Etyce i religii w szkole. Warto przed wrześniem jeszcze zerknąć.



Elżbieta Haque

Written by Elżbieta Haque

Elżbieta Haque

Elżbieta Haque – kobieta diabłem podszyta, sarkastyczna jędza o czarnym sercu. To wersja oficjalna. Nieoficjalnie ryczy na komediach romantycznych. W obydwu wersjach pasjonatka życiowych absurdów. Żyje, kocha, wychowuje, pisze, słucha, obserwuje. Ateistka i feministka. Buntowniczka, zwolenniczka krytycznego myślenia, pasjonatka dyskusji.