Dlaczego nie możemy żyć pod jednym niebem? Chichot historii.

image

Z nostalgią wspominam czasy dzieciństwa. Wtedy albo się kogoś lubiło albo nie. Komuś pożyczało się lalki albo nie. Z kimś grało się w gumę albo nie. Ale każdy miał takie samo prawo chodzić do parku, być na dyskotece, jeździć na rowerze. No chyba że starzy prawa nie dali, ale my wzajemnie sobie nie wydzielaliśmy. Potem wszystko się pokomplikowało. Sympatie i antypatie nie były już tak prostolinijne i niewinne. Wszak dorosłe życie niesie za sobą wiele zaskoczeń i rozczarowań. Ale prawa wciąż przypadały dość naturalnie. Jasne, mniejszości nigdy nie miały u nas dobrze. Ale nie było to żadne zaskoczenie, tylko oczywistość, z którą należało walczyć i powoli zmieniać.

A tu nagle BUM!

Obudziłam się w kraju, który teoretycznie jest wciąż taki sam, a praktycznie… zupełnie inny. Wielu próbuje mnie przekonywać, różnymi technikami, że nic się nie dzieje. W każdym razie nic złego, nic, co powinno wywoływać takie reakcje, jakich jesteśmy świadkami. Czyżby?

Nigdy nie byłam prymusem z historii. Historia polityki socjalnej też mi nie leżała. Ale bardzo mocno wbił mi się w pamięć wykład, który przypadkiem zboczył na terytoria III Rzeszy. “Pewnie zastanawiają się państwo, jak to się stało, że ludzie z własnej woli dopuścili do władzy kogoś takiego jak Hitler i zechcieli dla niego zabijać…” Tak pamiętam wstęp, po którym padło rzeczowe i dość krótkie wyjaśnienie tego fenomenu. Kiedy po naszych wyborach parlamentarnych zaczęło się dziać, przeszedł mnie dreszcz i usłyszałam cichutki chichot historii.

Wprawdzie Polska kreuje swój własny “izm”, który miesza w sobie elementy nazizmu i faszyzmu, ale dziwnie blisko mu do nazizmu właśnie. W tym wszystkim mamy dużo szczęścia, że Polska nie jest w ogromnym kryzysie a ogólnoeuropejski trend jest taki, że zabijanie jest be. Fajnie też, że Jarosław nie był internowany, bo mógłby przypadkiem spłodzić jakieś dzieło literackie, niczym Adolf podczas swojej krótkiej odsiadki. Gdyby nie to szczęście, obozy na naszym terytorium zostałyby skrzętnie odkurzone i wyremontowane. Nie mówię o harcerskich.

Opowiem wam bajeczkę. Był sobie kraj na zachodzie Europy. Mieszkał w nim nieduży pan, który miał duży plan. Chciał przejąć siłą władzę w swoim kraju, ale mu nie wyszło, stanął przed sądem i poszedł siedzieć. Właśnie podczas procesu dał się poznać szerszemu gronu obywateli, bo pozwolono mu gadać i gadać. Gwiazda taka. Gdy po krótkiej odsiadce wyszedł (choć za to, co odwalił, groziło mu dożywocie), Rzeszę toczył potężny kryzys po I Wojnie Światowej. A gdy gospodarka kraju zaczęła wstawać z waruj w kierunku pozycji czworaczej, w 1929 Adolfowi dopisało szczęście i nastąpił krach na giełdzie, co wywołało chaos na świecie, a w Rzeszy pogłębiło kryzys. Bezrobocie i bieda dawały się Niemcom we znaki, głód zaglądał im w oczy.

Adolf był dobry i miły. Mówił, że ludziom DA. NSDAP pod jego wodzostwem rzucała na ten spragniony obietnic grunt lewicowe hasła, obietnice o obszernej polityce socjalnej. Populizm aż kipiał. Dobra zmiana. Miały być nowe miejsca pracy, miały być zasiłki taaaakie wielkie, miało być dobrze, lepiej i tylko lepiej. Bo było źle. Adolf wiedział, kto jest temu winny. Winni byli Żydzi, kapitaliści, bankierzy, spekulanci, socjaliści. Bo wszyscy oni byli współtwórcami spisku, który miał zaszkodzić Niemcom. Głosił też hasła antysystemowe, obarczając winą za niepowodzenia kraju m.in. ustrój demokratyczny i partie oraz oczywiście ład po traktacie wersalskim.

Te populistyczne hasła pozwoliły NSDAP zostać drugą siłą w parlamencie, później pierwszą. Hasła o walce z przyczyną kryzysu i wrogami narodu zostały uzupełnione o volkizm, nacjonalistyczną “filozofię”, która kazała Niemcom wierzyć, że są nadludźmi, i rasizm. Wszelkie dalsze działania szły w kierunku oczyszczenia rasy aryjskiej i zapobiegania jej degeneracji. Miała pomóc w tym kultura – wszystkie dziedziny sztuki ukierunkowane na wychwalanie wartości rodziny w pojęciu tradycyjnym i wynoszenie na piedestał wielkości narodu. Eliminacja wrogów politycznych szła ramię w ramię z eliminacją wrogów narodu i rasy. Prócz Żydów, spiskowców, Cyganów, zniknąć miały również mniejszości seksualne i w zasadzie wszyscy, którzy mieli inną wizję niż nacjonalistyczna.

Propaganda, sprawne zabiegi socjotechniczne, granie na najniższych emocjach, resentymenty i wskazywanie winnych bardzo łatwo zakorzeniły w narodzie przeświadczenie, że wszelcy inni są podludźmi, których należy zepchnąć na margines, pozbawić przywilejów, praw (w tym także własności prywatnej), po czym wyeliminować nie tylko jednostkowo, ale także uniemożliwić obcemu pierwiastkowi zanieczyszczanie aryjskiej rasy w jakimkolwiek aspekcie – biologicznym, gospodarczym, kulturalnym, światopoglądowym.

Od dnia wstąpienia Adolfa do NSDAP w 1919 roku do powstania pierwszego obozu w Dachau w 1933 roku upłynęło jedynie 14 lat. Od zera do bohatera. Od bycia nikim do bycia mordercą milionów. Wystarczył tylko podatny grunt, zbieg kilku sprzyjających okoliczności. Wszak Niemcy byli zwykłymi ludźmi, którym nie w głowie było mordowanie kogokolwiek. Byli takimi samymi ludźmi jak my.

My. Już dziś społeczeństwo zostało posortowane. Ci, którzy mają poglądy zbieżne z polityką rządu, mogą spać spokojnie. Pozostali powinni wypierdalać. Tych kilkudziesięciu najaktywniejszych polityków, publicystów i prawych obserwatorów sceny nadaje ton dyskusji publicznej. Jest to ton pogardy, nienawiści, ośmieszania i szkalowania. Jesteśmy winni, nawet jeśli nie jesteśmy, to powinniśmy się tak czuć. Oderwano nas od koryta i kwiczymy. Nawet jeśli nie, to powinniśmy zacząć kwiczeć. Ba! Będziemy kwiczeć, jak nas będą zarzynać. Straciliśmy przywileje. Nawet jeśli żadnych nigdy nie mieliśmy, to bardzo dobrze i z pewnością żadnych nowych nie będziemy mieć. Na manifestacje przyjeżdżamy, bo nam za to płacą. Nie płacą? To jesteśmy frajerami, bo innym płacą. Na tych samych manifestacjach wietrzymy futra z norek. Nie masz futra? Tym bardziej je wietrzysz. Jesteśmy wrogami polskości, donosicielami. Uniemożliwiamy wprowadzanie dobrej zmiany. Nie chcemy dać dzieciom po 500 zł na głowę. Tak mówią politycy i ich zaplecze. Garstka ludzi. Mniejszość wybrana przez mniejszość.

Podczas pokojowych manifestacji w obronie demokracji w okolicach pojawiają się “prawdziwi Polacy”, którzy podobne hasła wykrzykują pod adresem manifestujących. Leci “raz sierpem, raz młotem czerwoną hołotę” na przemian z groźbami wystawienia szubienic, jechaniem od volksdeutschy, wskazywaniem, gdzie nasze miejsce i kto nam za ten spisek płaci. Podczas manifestacji KOD w Brzeszczu, mieście pani Beaty, prócz gróźb wywiezienia kodowiczów na taczkach, opinii, że są to głupcy, oszuści, mafiozi i barbarzyńcy(!), pojawiły się także rzuty jajkami i lodem. Ci, którzy KODu nie lubią, krzyczeli, aż dostawali zadyszki i wyzywali – już nie w internecie, tylko prosto w oczy. Jest postęp. Tylko nie ma się z czego cieszyć.

Dlaczego “prawdziwi Polacy” uważają, że nie możemy żyć pod jednym niebem? Dlaczego uważają, że nie ma tu dla nas miejsca, że tylko oni mają prawo tu być? Dlaczego akurat teraz chcą nas zarżnąć, wywieźć, wyrzucić, wyplenić, zakopać, uciszyć, odparować? Odsyłam kilka akapitów wyżej.

Dobrze jest być uważnym i rozważnym. Dobrze jest nie ignorować chichotu historii. W końcu nader często się do niej odwołujemy.

Photo credit: Theophilos via Foter.com / CC BY-NC-ND

Written by Elżbieta Haque

Elżbieta Haque

Elżbieta Haque – kobieta diabłem podszyta, sarkastyczna jędza o czarnym sercu. To wersja oficjalna. Nieoficjalnie ryczy na komediach romantycznych. W obydwu wersjach pasjonatka życiowych absurdów. Żyje, kocha, wychowuje, pisze, słucha, obserwuje. Ateistka i feministka. Buntowniczka, zwolenniczka krytycznego myślenia, pasjonatka dyskusji.