Czarni atakują

     Niech będzie, że piszę o tym średnio dwa razy do roku. Trudno. Wprawdzie miałam nie pisać, ale gorzko rozbawił mnie jeden komentarz pozostawiony pod demotem na facebookowym profilu koleżanki. Obrazek pewnie większość widziała, sama zresztą waliłam nim po oczach na swoim profilu.

religia

     U koleżanki rozwinęła się dyskusja na temat religii w szkole i padł komentarz, że o co te nerwy, skoro mamy wybór. Wybór czy dziecko ma chodzić na religię czy nie. Wybór jest, ale…

     Na wstępie mojego występu, przemówię do Państwa ustami Wątłego i o tym, co on, już mówić nie będę. Zresztą nie umiem tak ładnie jak Kuba kląć, w sensie takim przyjemnym tembrem głosu. Niespełna trzy minetki słuchania, się poświęćcie.

     Posłuchali? No to teraz o tym wyborze, który jest.

     Jest. Można zadeklarować, że dziecko chce/ma uczęszczać na lekcje religii, lub z tego przywileju zrezygnować. Dziękujemy ci Essi Johnson. Za wybór. Już pomijam fakt, że lekcje religii, które nie są obowiązkowym przedmiotem szkolnym, zawsze już na początku roku wpieprzone są w plan lekcji, zaś etyka – jak się zmieści. Mimo że obydwa przedmioty wymagają deklaracji rodziców. Gdy już wybierzemy opcję ateistyczną, zaczynają się praktyczne schody i poznajemy faktyczne koszty tego wyboru.

     Ponieważ mówię o praktycznych, powiem o naszych. Bo pewnie każdemu doskwiera coś innego. Oczywiście takie bezbożne dziecko trzeba gdzieś upchnąć, więc się je upycha na świetlicę, tudzież do biblioteki/czytelni, bo ma okienko. Lubisz czekać? Stać w kolejce? W korku? U lekarza siedzieć godzinę lubisz? Jeśli lubisz takie rozrywki, to polecam, zapisz się do szkoły i wypisz z religii.

     W ubiegłym roku u Michała było tak, że w dniu z religią to właśnie katecheta zaprowadzał dzieci do stołówki na obiad, więc moje sześcioletnie wówczas dziecko, które w tym czasie przebywało na świetlicy, musiało sobie samo pilnować tego obiadu (chyba na węch) lub liczyć na rezolutność pań świetliczanek. Mogło też tego dnia po prostu mieć pecha i siedzieć resztę dnia w szkole głodne.

     W tym roku zaś religię ma przed wychowaniem fizycznym (dobrze, że nie zamiast), więc traci cenny czas pięciominutowej przerwy na latanie między świetlicą a… no właśnie… jedną z dwóch sal gimnastycznych, umiejscowionych w różnych częściach szkoły, albo boiskiem, różnie to może być, zgaduj zgadula. Druga lekcja wiary jest przed angielskim (dobrze, że nie zamiast). O ile wychowawczyni przypilnuje wszystkiego, to pań ze świetlicy nie jestem już taka pewna, tym bardziej pani od angielskiego. I mam ku temu podstawy, bo bywały w ubiegłym roku sytuacje, że panie ze świetlicy zapominały wysłać moje dziecko do klasy po okienku. Sorry, ale trudno żeby 6 – 7 – 8 latek pilnował czasu i wiedział, kiedy może łaskawie wrócić do grupy. Jak jest na dworze i dzwonię do niego z pyskiem, że miał wrócić za pół godziny a jeszcze go nie ma, to on mi odpowiada z pyskiem “Przecież ja się dobrze bawię! O co ci chodzi? Mam patrzeć na zegarek?” Nie liczę więc na to, że się będą – jeden czy drugi – tak pilnować w szkole, w tym, za przeproszeniem, burdelu organizacyjnym.

     Etyka, która nam przysługuje, również pozostawia wiele do życzenia. W ubiegłych latach trzeba było uzbierać grupę, żeby te zajęcia były zorganizowane. Luzik. Też nie lubię ‘marnowania kasy na jednego szczeniaka czy dwóch’. Ale mojemu dziecku w zerówce zaproponowano, by uczęszczało na etykę do innego budynku (uczył się wtedy w filii oddalonej od głównego gmachu o 15 minut drogi dziecięcymi nogami). Etyka na 8 rano, zajęcia w szkole na południe. Fajny dzień ogólnie. Dlatego i w zerówce i w pierwszej klasie sobie to darowaliśmy, bo uczył się w filii. Starszy syn z etyki korzystał. Czytał sobie gazety motoryzacyjne, grzebał w kompie, odrabiał lekcje pod czujnym i etycznym okiem pani bibliotekarki. W tym roku jeszcze nie wiadomo, czy będzie etyka, z kim, kiedy – mimo że rozporządzeniem ministra edukacji etyka przysługuje nawet pojedynczemu uczniowi. Skoro więc upchnęli religię w plan lekcji nim jeszcze ktokolwiek miał szansę zdeklarować uczęszczanie na nią, dlaczego nie upchnięto tam również etyki?

     Z drugiej strony, jeśli lekcje etyki mają wyglądać tak, jak wyglądały w zeszłym roku, to może lepiej nie marnować czasu pani z biblioteki. I tak potem na karcie ocen na koniec roku moje dzieci otrzymały ocenę celującą z… religii.

     Nie dość więc, że płacę za indoktrynację moich i cudzych dzieci, to jeszcze w pakiecie dostaję garść absurdów ze szkolnego korytarza. Uważam, że to zupełnie niepotrzebne i – co więcej – łatwe do zniwelowania, wraz z usunięciem religii z podstawowego planu zajęć. Oprócz jazdy bez trzymanki po wysokich hopach okienek i etyk, pozostaje jeszcze szutrowy slalom omijania wigilijnych spotkań na języku polskim, śpiewania kolęd na matematyce czy spożywania jajka na wuefie.

     W naszej szkole odbywa się szereg zajęć dodatkowych organizowanych m.in. przez prywatne firmy, np. przez szkoły tańca czy sztuk walki. Kościół jest taką samą instytucją, jak szkoła walca Hokus Pokus Cios w Nos i również powinien płacić szkole za korzystanie z sal, jeśli życzy sobie nauczać dzieci na terenie placówki. Z jakichś przyczyn te prywatne lekcje tańca czy karate nie są organizowane pomiędzy innymi lekcjami, tylko po lekcjach. Czyż to nie genialne rozwiązanie? Aż trudno uwierzyć, jak bardzo logiczne.



elzbieta-haque

Written by Elżbieta Haque

Elżbieta Haque

Elżbieta Haque – kobieta diabłem podszyta, sarkastyczna jędza o czarnym sercu. To wersja oficjalna. Nieoficjalnie ryczy na komediach romantycznych. W obydwu wersjach pasjonatka życiowych absurdów. Żyje, kocha, wychowuje, pisze, słucha, obserwuje. Ateistka i feministka. Buntowniczka, zwolenniczka krytycznego myślenia, pasjonatka dyskusji.