Był sobie chłopiec – Farrokh Bulsara

Freddie Mercury

     Jako rzecze tytuł, był sobie kiedyś chłopiec, który zwał się Farrokh Bulsara. Urodził się w Zanzibarze jako potomek Zaratusztrian z Gudżaratu. Urodził się po to, by zostać królem, królem rocka. Nie mam pojęcia, w którym momencie swojego życia uświadomił sobie, jak wielką rolę ma do odegrania, ale z pewnością wiedział to, nim dotarł na szczyt.

     Farrokh Bulsara wkrótce stał się Freddim Bulsarą. Ale nazwisko nie pasowało mu do jego wizji przyszłości. Dlatego za nazwisko przyjął imię rzymskiego boga – Merkurego. Freddie Mercury doprowadził do stworzenia zespołu, który nazwał Queen, trzymając się przyjętego języka sukcesu.

     Miał wszelkie predyspozycje, by zostać gwiazdą. Był wizjonerem, kochał muzykę, miał pomysł. Wykorzystał daną mu szansę. Wysączył szampana do ostatniej kropli. Zapewne nie realizował ścisłego planu, bo był osobą spontaniczną. Jednak doskonale wiedział, że osiągnie sukces. I do tego dążył.

     Był ciekawym człowiekiem o skomplikowanej osobowości. Mówił o sobie, że jest nieśmiały i skryty. Jednocześnie był asertywny i jeśli coś robił, to dlatego, że chciał. Bywał bezczelny. Dziennikarzy, którzy domagali się wywiadów, informował, że ich nienawidzi – ich, czyli dziennikarzy i wywiadów. Czasem zdawał się być znudzony w czasie rozmowy, a czasem był czarujący, zabawny. Kokietował i czarował. Do rozmówcy zwracał się “darling”. To urocze. Mówił o sobie, że jest prawie idealny. Jedynym jego kompleksem był zgryz.

     Na scenie był wspaniały. Publiczność go kochała. A on z tej miłości czerpał energię. Scena była jego środowiskiem naturalnym. Na początku kariery nosił długie włosy, nakładał makijaż, malował paznokcie. Później śmiał się z tego wizerunku. Wyróżniał się strojami, często projektowanymi specjalnie dla niego. To było niesamowite, jak poruszał się po scenie, ile energii w to wkładał. Jego znakiem rozpoznawczym było to, że używał tylko górnej części statywu od mikrofonu. Dolnej pozbył się podczas jednego z pierwszych występów, bo nie pozwalała mu swobodnie biegać po scenie. Zresztą cały był charakterystyczny, jego ruchy, postawa. Wyjątkowa była też więź, jaką tworzył z publicznością. Podczas koncertu w Budapeszcie w 1986 roku zaśpiewał węgierską piosenkę ludową. Wprawdzie posługiwał się notatkami, zapisanymi na dłoni, ale i tak było to niesamowite.

     Piosenka, która od zawsze robiła na mnie największe wrażenie to “Bohemian rhapsody”. Ilekroć ją słyszę, mam ochotę drzeć się ile sił w płucach. Na szczęście dla otoczenia, powstrzymuję się. Poza nią nie jestem w stanie wskazać kolejnych moich faworytów. Większa część twórczości Mercurego i Queen to arcydzieła.

     Ta piosenka obrosła legendą. Odniosła ogromny sukces (mimo że jest za długa, by puszczać ją w radio w pełnej wersji). Wszyscy byli ciekawi, o czym opowiada. Freddie tłumaczył, że w sumie o niczym, że rymowało się, pasowało do muzyki, więc pisał. Pozostali członkowie Queen śmieją się, że to po prostu wytwór chorego umysłu Freddiego.

     Jego naturalnym głosem był baryton, ale na ogół śpiewał tenorem. Miał ogromne możliwości wokalne dzięki czterostopniowej skali głosu. Śpiewał tak czysto, że w zasadzie trudno odróżnić nagrania studyjne, od występów na żywo. Swój baryton zaprezentował w piosence “Ensueño” nagranej z Montserrat Caballé w ramach wspólnej płyty.

     To niesamowite, że pracował niemal do końca. Wyniszczony chorobą, osłabiony. Współpracownicy wspominają, że nigdy się nie skarżył. Pracował, bo kochał to robić. Jak bardzo był osłabiony, widać w klipie do “These Are The Days Of Our Lives”, ostatnim nakręconym z jego udziałem, w maju 1991 roku.

     Trudno powiedzieć, czy to było pożegnanie Freddiego. Niektórzy twierdzą, że tak. Dla mnie pożegnaniem jest “Mother love”, której nie udało mu się nagrać do końca. Ostatni fragment śpiewa Bryan May. Ile łez wylewam za każdym razem, kiedy słyszę tę piosenkę, nie przyznam publicznie. Znamienne jest to, że chociaż Freddie w ostatnich czterech latach swojego życia nie miał siły i wiele piosenek było nagrywanych na raty, w tej ostatniej najdobitniej pokazał moc swojego głosu. Jego ciało umierało, a głos miał niezmiennie silny i czysty.

     Jest dla mnie inspiracją, on, jego przekonanie o własnej sile i konsekwentne dążenie do celu. Dla mnie był geniuszem, niezwykłym artystą. Choć on nie zgodziłby się ze mną. W jednym z wywiadów powiedział: “Nie jestem żadnym artystą, tylko muzyczną prostytutką.”

     Kochajcie go!

     P.S. Gdyby to była kartka papieru, byłaby do wyżęcia. Tekst jest dość surowy, bo starałam się trzymać emocje na wodzy. Za to moje oczy miały gdzieś zalecenia.

Written by Elżbieta Haque

Elżbieta Haque

Elżbieta Haque – kobieta diabłem podszyta, sarkastyczna jędza o czarnym sercu. To wersja oficjalna. Nieoficjalnie ryczy na komediach romantycznych. W obydwu wersjach pasjonatka życiowych absurdów. Żyje, kocha, wychowuje, pisze, słucha, obserwuje. Ateistka i feministka. Buntowniczka, zwolenniczka krytycznego myślenia, pasjonatka dyskusji.