15 lat temu napisałam balladę – oto ona, oto ja

Sny

Photo credit: Paulo Brandão / Foter / CC BY-SA


     Patrząc z dzisiejszej perspektywy, pół mojego życia temu byłam bardzo płodną pisarką. Pisałam wiersze i różne dzieła prozatorskie. Można powiedzieć, że XX wiek w mojej biografii to obfitość tytułów. Niestety wtedy pisało się analogowo, więc nim moje dzieła ujrzą światło dzienne, muszą zostać przepisane, co prędko nie nastąpi. Jedna ballada, z racji stosunkowo niewielkiego rozmiaru, dostąpiła tego zaszczytu.

     ”Sny” powstawały głównie w 1996 roku, a miałam wtedy 14 lat. I miewałam wtedy… odmienne stany świadomości. Proszę brać to pod uwagę, czytając. Mnóstwo tam egzystencjalnych dylematów, bólu istnienia, dziwactw, prawdy. Muszę przyznać, że teorią o świecie wyprzedziłam Matrixa. “Sny” to rodzaj pamiętnika, którym chcę się z Wami podzielić. Choć dziś, 13 lat po napisaniu ostatniego słowa, jestem inną osobą, tamta ja, to wciąż ja. I choć wielu z Was może przez pryzmat tego tekstu spojrzeć na mnie inaczej, to chyba nawet dobrze. Bo trudno byłoby mi napisać o sobie coś bardziej autentycznego. Aż żałuję, że nie mogę zobaczyć, jakie miny będziecie robić, czytając to. Mogłoby być ciekawie. Aha, jeśli macie uczucia religijne, to nie czytajcie, bo nie chciałabym Wam ich obrazić.

     ”Sny” mają jedną ważną cechę. Są skończone. W przeciwieństwie do wielu moich książek pisanych już w bieżącym stuleciu.

     Pod guzikiem znajdziecie wersję pdf. A pod linkiem poniżej tekst upchnięty tu, na blogu, w sąsiednim wpisie. If you know, what I mean ;)

SNY HTML czy coś

A tu próbka tego, co Cię czeka:

Podjechał autobus cały miękki i rozmazujący się w ciężkim, chmurnym powietrzu. Zajęłam miejsce przy oknie. Kolejna podróż, jeśli można tak to nazwać. Podróżnik. Jadę tam gdzieś. Mam tam do załatwienia parę spraw. Autobus asymiluje mnóstwo ludzi. Obok mnie zajmuje miejsce osoba, która wtoczyła właśnie swój ogromny żywot do środka. Kobieta – Sowa. Wtargnęła brutalnie w moją przestrzeń życiową, wbijając mnie w malutki obszar, w którym zaczyna brakować powietrza. Grubymi, krzywymi palcami Kobieta szuka punktu zaczepienia, by modląc się, odbyć pierwszą od dłuższego czasu Podróż – od miasta do miasta.

Sowa pohukuje cichutko, wypuszczając z małych, zrogowaciałych ust cienkie strzępki uchodzącego oddechu. Porusza na boki okrągłą, opierzoną głową osadzoną na krótkiej szyi, której nawet nie widać. Małe oczki wyzierają zza okularów o szkłach grubych jak denka butelek. Kiedy autobus rusza, Sowa żegna się „w imię ojca i syna, i ducha świętego”. Bojaźliwie chwyta się oparcia. Powoli zaczyna wydzielać odór starego mięsa przykrytego nieświeżą skórą. W rozmowie z inną Kobietą złorzeczy i wierzy w rychłą śmieć Szczęśliwej Pani, bo przecież jest głęboko wierząca.

Podróżnik. Widzę Chrystusa wiszącego na krzyżu. Wisi już od dawna. Płacze krwawymi łzami, lecz nie błaga o litość.

- Kocham cię bracie. Rozpuść włosy, jedź na Woodstock i kochaj wszystkich ludzi – mówi.




Elżbieta Haque

Written by Elżbieta Haque

Elżbieta Haque

Elżbieta Haque – kobieta diabłem podszyta, sarkastyczna jędza o czarnym sercu. To wersja oficjalna. Nieoficjalnie ryczy na komediach romantycznych. W obydwu wersjach pasjonatka życiowych absurdów. Żyje, kocha, wychowuje, pisze, słucha, obserwuje. Ateistka i feministka. Buntowniczka, zwolenniczka krytycznego myślenia, pasjonatka dyskusji.